Ciało emigranta

Bronisław Świderski w Słowach obcego zapisał koszty translacji. Obcy, przybysz z innego świata – z kosmosu czy z kolonii – traci poczucie własnego ciała i staje się jedynie słowami, które są nieprzetłumaczalne. Ciało obcego zamienia się w słowa pod wpływem presji. Obcy pragnie pojąć niezrozumiały język kraju, do którego trafił, i wytłumaczyć w tym języku (np. duńskim) swoją sytuację. W tej powieści jego sytuację potrafi pojąć tylko inny obcy, B. – porte parole autora, pracownik uniwersytetu, powierzchownie przystosowany do nowej ojczyzny. Być tłumaczonym, to tracić poczucie własnej cielesności – przekonuje Świderski. I dodaje – mówić w ojczystym języku do obcych, to wyrażać cielesną dominację. Aby tę opozycję wzmocnić, autor Słów obcego ubiera tuziemczą wyższość w mundur policyjny. Nad translacją obcego w Duńczyka czuwa policjantka – Lone. Lone, otyła, nieładna urzędniczka, wyraża wolę duńskich władz, by obcego wydalić, gdyż obcy zagraża dobrobytowi i bezpieczeństwu. Tej decyzji obcy niczego nie może przeciwstawić. Został w wyniku nieudanej translacji odarty z ciała i zepchnięty w niezrozumiałość, w bełkot, ponieważ tylko przekład na język suwerena – Danii, zwróciłby mu realność. Wygnanie z Danii opisuje Świderski jako deportację słowa pozbawionego cielesności:

Bronisław Świderski : Słowa obcego: 254

Ona [Lone – TB] wygląda, jakby miała jedynie ciało. Ale to ciało, ubrane w policyjny mundur, ma władzę nad innymi. Natomiast, on obcy, składa się jedynie ze słów, które najczęściej są niejasne. Aż się prosi, by wcale nie czytać tego, co napisał. By pominąć go, jak wymija się przechodnia na zatłoczonej ulicy. Głos bez ciała. Czy istniało jakieś wytłumaczenie tego zjawiska?

Translację ciała obcego przedstawia Świderski jako akt boskiej kreacji i jako tchnienie intencji w byt niezrozumiały. To ironiczna kreacja – obcy sam musi wydedukować z duńskich, ledwo rozumianych słów, jaką formę ma przybrać, chociaż wolałby zostać nikim. Wystarczy, żeby pomyślał o „kreacji”, a już musi sprawdzać, czy się nie zmienia: „Zaczął dotykać ciała. Stwierdził, że było dokładnie takie samo jak przedtem” (Świderski 1998: 9). Na wykładzie uniwersyteckim, gdy mówca przechodzi do definicji człowieka, obcy czuje, jak fachowe terminy atakują jego ciało. Boi się zdradzić swoje obce istnienie i panuje nad odruchami:

Bronisław Świderski : Słowa obcego: 36

Od czasu do czasu czepiały się [„ciężkie terminy fachowe” – TB] jego włosów, przez chwile próbowały wznieść się do góry, by, kompletnie wyczerpane, opaść na czubek głowy, jednocześnie powodując swędzenie nie do wytrzymania. Przybysz cierpiał, ale wiedział, że nie wolno mu się podrapać. […] Strach i swędzenie – takie były pierwsze wrażenia, jakie zapamiętał z wykładu.

Świderski, odwołuje się do motywu Schulzowskiego, materializując abstrakcyjną opresję. Obcy znajduje we włosach materialny ekwiwalent abstrakcyjnych terminów – muchę. W Martwym sezonie, opowiadaniu z Sanatorium pod klepsydrą, ojciec przeobraził się w muchę, by nieznośnym brzęczeniem, przypominać o cierpieniu „bezradnym świadkom nieszczęścia”. U Świderskiego obcy ma zamiar zabić muchę, ale boi się, że jego gest zostanie zauważony. Odtąd pewna staje się jego przemiana – w ciało, które niezrozumiale brzęczy. W powieści Świderskiego obaj obcy starają się oczywiście uchronić swe ciała przed istnieniem fantasmagorycznym. Przybysz myśli o seksie z duńską urzędniczką, gdyż źle odczytał duńskie słowo seks (‘sześć’). Cielesne pragnienie bliskości pisarz kontrastuje z „tendencyjnym tłumaczeniem”.

B. który wykłada na uniwersytecie i zna nienajgorzej duński, wie, że powinien zapomnieć o cielesnych pragnieniach, wyrażanych przecież w formach języka ojczystego i powinien „raczej myśleć o tym, co wie i czego pragnie wspólnota” (Świderski 1998: 197). Cóż z tego, że wie, skoro jego ciało nie chce być posłuszne wmówieniu. Ciało nie ulega nawet wtedy perswazji, gdy B. chce wykreślić ze słownika polskie frazeologizmy, kształtujące odczucia cielesne – „przysiąść fałdów” i „pisać na kolanie”. Nawet zagrożenie bezrobociem nie dyscyplinuje cielesności. B. nie może sam siebie przekonać, że z nieatrakcyjną policjantką może się związać małżeństwem: „B. nie miał żadnego rozsądnego powodu, by nie zaakceptować Lone jako żony. Ale gdy już był pewien, że ma rację, ból brzucha wzmógł się jeszcze bardziej. Wstydliwe wonie nasiliły się. Ze skroni płynęły strumyczki potu” (Świderski 1998: 222). Świderski materializuje nierozwiązywalny dylemat emigranta – jak stać się częścią społeczeństwa zachodniego i nie stracić cielesnej tożsamości. Nic dziwnego, że bohater odczuwa dreszcz obrzydzenia zarówno przed związkiem z policjantką, jak i przed „ciemną kolektywną dziurą” bezrobocia.. Boi się przetłumaczyć swoje ciało i boi się istnienia na marginesie, ze swym obcym ciałem. Chciałby tylko miłości, ale jego obce istnienie może zaakceptować tylko ktoś wyrzucony przez duńską społeczność na margines, czyli ktoś, kto rozumie opresywny charakter translacji. W Słowach obcego obcość i indywidualność to pojęcia bliskie sobie. Nieprzekładalna na inny język pamięć ciała spycha emigranta na margines i jednocześnie zapewnia mu poczucie autentyczności. Emigrant musi chronić swoją cielesną biografię przed uniformizującymi translacjami, w których znika to, wyjątkowe i jednostkowe.

W Asystencie śmierci Świderski uczynił bohaterami ponownie dwóch obcych w Danii. Świderski, bohater i narrator, zwolniony z pracy w Instytucie Kierkegaarda, dostaje nowe zatrudnienie – opiekuna śmierci. Do obcego w śpiączce ma nocami mówić po polsku i czytać mu polskie książki. W hospicjum spotykają dwie „wątpliwe” cielesności – polskiego emigranta żydowskiego pochodzenia, nie dość zasymilowanego z duńskim społeczeństwem i chorego, o którym nic nie wiadomo, poza tym, że może być Polakiem. Dla muzułmańskich przybyszy Świderski jest uosobieniem białego, wywyższającego się Duńczyka, dla duńskiego urzędu pracy jest tylko podejrzanym barbarzyńcą. Urzędniczka chłodno taksuje jego fizjonomię: „Patrzy teraz na mój nos, który właściwie nie był mój, bo miałem go po matce, ale nie potrafiłem na czas oddać. Przez chwilę obawiam się, że oskarży mnie, że noszę cudzą własność” (Świderski 2007: 19). Petent stara się uciec z klatki stereotypu. Odwołuje się do wspólnoty wszystkich ludzi pochodzących od jednej matki i do seksualności znoszącej rasowe i narodowe różnice. Swoje „myśli” wyraża oczywiście powściągliwie, jak przystało na obcego, który uzurpuje sobie prawo do bliskości. „Patrzę na jej [urzędniczki – TB] nogi, zapewne nieco dłużej niż powinienem. Ale to nie moja wina. Cudza śmierć zawsze rozbudza we mnie pragnienie pełnego życia” (Świderski 2007: 27). Tak w bohaterze odzywają się dwa głosy: obcego, który musi panować na sobą i człowieka Zachodu, którego podnieca obce umieranie. Pierwszy głos zachęca do współczucia innym obcym, drugi popycha do chłodnej, medycznej postawy.

Kiedy bohater zaczyna pracę asystenta, szybko spostrzega, że kieruje się podobnymi stereotypami cielesności jak duńska urzędniczka. Bezradny początkowo wobec pogrążonego w śpiączce próbuje w chorym zobaczyć stereotypowego Polaka, on – Polak z nosem „obcego” pochodzenia. Scena badania ciała obcego to nowoczesna lekcja anatomii. Wiwisekcji Polaka i polskości dokonuje najpierw „malarz”, potem „znawca gramatyki”:

Bronisław Świderski : Asystent śmierci: 66

Wysunięte ramię dźwiga głowę, krzywo umocowaną na chudej szyi. Niżej leży klatka piersiowa, płaska jak dwie kreski narysowane cienkim pędzelkiem, za to brzuch jest mocno wydęty […]. Dalej ma penis jak źle postawiony przecinek, ukryty w cewniku (nie ma na co patrzeć) i nogi jak kanciaste nawiasy kwadratowe.

Reifikacje cielesności, charakteryzujące współczesny, zdystansowany stosunek do śmierci i cierpienia, nie budują dystansu miedzy dwoma obcymi, gdyż asystent tylko nauczył się urzeczowiania, jak nauczył się innych zachowań człowieka Zachodu. Posługuje się wielkim angielskim atlasem anatomii, badając topografię ciała chorego. Szybko jednak spostrzega, że nawet człowiek-warzywo ma coś więcej niż tylko ciało. Skoro rzeczowość zawodzi, bohater szuka braterskiej bliskości z ciałem śpiącego. Zawierza więc instynktowi i zmysłom, bo dzięki tym władzom – jak przez chwilę wierzy – można rozpoznać ciało innego Polaka. Obcy jednak nie pachnie Polakiem ani nie wydziela czystego zapachu polskiej moralności. Nie ma też polskiego krzyża, gdzieś ponad lędźwiami. Wiwisekcja przeobraża się więc w kpinę z narzędzi używanych do badania – archaicznych, zawodnych, nieprecyzyjnych, tępych. Zawodzi i reifikacja, i ideologizacja ciała. Świderski pokazuje, że wyuczone postawy wobec umierania są zupełnie nieprzydatne i chronią jedynie dobre samopoczucie żyjących. Nie pomoże asystentowi umieszczenie obcego w którejś z kategorii polskiego piekła: Polaka katolika, Polaka katolika postępowego, Polaka narodowca, Polaka emigranta, a nawet Polaka prawdziwego Europejczyka, nie pomogą też instrukcje duńskiej opieki społecznej. Asystent musi zrozumieć, że z umierającym łączy go śmierć, czyli „zjawisko” dla zdrowego społeczeństwa odrażające i dlatego przemilczane. Obaj noszą pamięć traumy wywiezionej z totalitarnej społeczności, pamięć dla innych niezrozumiałą i odpychającą jak umieranie, obaj poznali śmierć.

Bronisław Świderski : Asystent śmierci: 89

Kicham, poruszam się na łóżku i nagle wszyscy Duńczycy uciekają, tak boją się, że ich dotknę obcą chorobą, zarażę swoją znajomością śmierci. Milczą podczas ucieczki. Nawet ze sobą boją się o niej rozmawiać. Zostajemy sami, Umierający i ja, wciąż żywy, a może również umierający, skoro i ja znajduję się poza duńską wspólnotą? Co także znaczy – poza życiem. Na marginesie duńskich ludzkich spraw i radości.

Książka Świderskiego opowiada zatem o jednostkach wypchniętych na margines przez nowoczesne wymazywanie pamięci. Aby cieszyć się istnieniem, nowoczesne społeczeństwo zaleca niepamięć, a zatem również wymazanie pamięci ciała. Ciało przybysza to przekleństwo; naznaczone traumą każe mu mówić prawdę o swoim doświadczeniu, prawdę zakłócającą życie bogatej społeczności, która chce zapomnieć o umieraniu. W finale powieści duńska urzędniczka dusi pogrążonego w śpiączce. Świderski – narrator powieści, spodziewa się, że teraz śmierć przyjdzie po niego, by wymazać bulwersującą historię jego ciała.

Inny z pisarzy emigracji posierpniowej Zbigniew Kruszyński również przedstawia biografie emigranckiej cielesności. W jego powieściach od debiutu Schwedenkräuter po Ostatni raport temat pamięci doznań wywiezionych na Zachód z komunistycznej Polski pojawia się wielokrotnie. Bohaterowie Kruszyńskiego są skazani na dystans do egzystencji, na protokołowanie, donoszenie, zapisywanie, sumowanie, przekładanie, na przyglądanie się i podglądanie, dlatego również ich cielesność jest nieustannie kontrolowana, powściągana, przekładana. Dystans ma dwa źródła: życie w kraju permanentnej kontroli i odczucie obcości na emigracji. Ciało inwigilowane już zawsze będzie siebie inwigilować – taką myśl w duchu Nowej Fali można wywieść z tekstów Kruszyńskiego. Na Zachodzie jego bohaterowie potrafią wyśledzić w sobie ślad rzeczywistości polskiej, po powrocie śledzą już nie rodzime życie. W Ostatnim raporcie banalna rozmowa o menu, wywołuje w bohaterze, który na stypendium do Szwajcarii przyjechał z Polski, poczucie obcości, tak trudne do zgubienia., lękowy stan historii, który przywiózł na Zachód, traumę zbędną w świecie ludzi „szczęśliwych”. Na pytanie jednego z zachodnich znajomych, dlaczego nie jadamy „viande chevalline”, odpowiada, że „jakoś się nie przyjęło” (Kruszyński 2009: 150). Eufemizm skrywa polską historię, także historię polskiej cielesności wzdragającej się przed jedzeniem koniny w kraju kawalerii, szwoleżerów, ułanów… Nic dziwnego, że bohater chce stać się bohaterem narracji powszechnie zrozumiałej, narracji wolnego świata, narracji wolnej od cielesnej traumy. Stać się częścią „swobodnej” narracji oznacza możliwość opowiadania swej biografii jako historii człowieka wolnego. Bohater „wskakuje” w taką historię, w taką narrację, „wskakuje” w opowieść o wolnej miłości. Najłatwiej mu przecież przeżyć biografię wyzwolonego kochanka, w niej się skryć, w niej szukać wolności od lęku, jak szukali tej wolności bohaterowie w podległej Polsce czy Czechach, bo w zmysłowości znajdowali sferę, którą trudno kontrolować. Coś jednak różni polskiego donosiciela od bohaterów Milana Kundery czy Stanisława Dygata: protokolarny chłód i rudymenty obcości, ciągle o sobie przypominające. Kiedy odpina dziewczynie stanik, czuje się jak kasiarz, który nauczył się szyfru. Kiedy bierze kąpiel, zauważa, że prysznic „nie tryska na boki jak u nas, mimo lepszego ciśnienia” (Kruszyński 2009: 155). Tak wraca do niego świadomość, której chciał się pozbyć. Pojmuje, że zawsze już będzie opowiadał świat w kilku rejestrach naraz, nigdy w jednym, i jeden rejestr uporczywie, bezwolnie będzie się ciągle odzywał, rejestr opowiadający o ciele, co żyło kiedyś w komunistycznym „więzieniu”.

Bohater Ostatniego raportu może jedynie ironicznie protokołować złudzenia innych, zapisywać ich opowieści, ich biografie. Jedyne, czemu ulega, to władzy: nagiej władzy ubeka i nagiej władzy pożądania. W zgodzie na donoszenie znajduje usprawiedliwienie swej „zdystansowanej” egzystencji. W seksie dręczy go protokołowanie erotycznych szczegółów, bilansowanie, które trzeba przezwyciężyć, by mieć krótkie chwile zapomnienia o zimnym donosicielstwie. Donos w powieści Kruszyńskiego oznacza nie tylko informację dla policji, ale w ogóle formę literatury kraju podbitego. Bohater wyniósł z policyjnego kraju ten swoisty chłód beznamiętnego protokolanta, który na Wschodzie czyni go donosicielem, a na Zachodzie libertynem grającym z doświadczeniem ofiary. Po obu stronach muru sprzedaje najcenniejsze polskie wartości, by mieć dobry seks. W Polsce uwodzi koleżankę z opozycji, wykorzystując śmierć jednego z kolegów zamordowanych przez bezpiekę, w Szwajcarii uwodzi dziewczyny, wykorzystując fundusze zbierane dla opozycji i status emisariusza wolnych związków zawodowych.

W Asystencie śmierci emigrant zabrał ze sobą zbędne doświadczenie śmierci i wspólnoty udręczonych, w Ostatnim raporcie stypendysta-donosiciel wziął z Polski neurozę człowieka kontrolowanego i siebie kontrolującego. Autorzy obu książek posługują się przede wszystkim ironią, która „bezpośrednie” doznania cielesne właściwie uniemożliwia. Ironia zmusza do nieustannej translacji doświadczenia. Ciało bohatera-narratora książek Kruszyńskiego przeżywa dziwną historię reifikacji w języku różnych społeczności. społeczności W Powrocie Aleksandra do Polski wraca emigranckie ciało, w opowiadaniu In Dichters Lande przyjeżdża tłumacz polskiej literatury. W pierwszym tekście ironiczna narracja rejestruje przygody ciała w rodzimej, choć przygodnej społeczności, w drugim – w przygodnej, choć wybranej. In Dichters Lande już tytuł sarkastycznie odnosi się do zalecenia Goethego. Tłumacz, bohater tego opowiadania, pozna znaczenie swojej translacji, chociaż kraj wybrany, do którego przyjechał, stał się mu obcy. Tłumacz widzi wszędzie zatarte ślady komunizmu, czyli ślady traumy w ciałach zdegradowanych. Ma dystans do tej dziedziczonej traumy, którą tuziemcy mają we krwi, choć dzięki przekładom zrozumiał ich historię jak nikt na świecie. W finale tej opowieści tłumacz, skopany i pobity przez trzech meneli, zostaje zmuszony przez oprawców do zjedzenia kartek, na których zapisał plan swojego wystąpienia na uniwersytecie.

Zbigniew Kruszyński : In Dichters Lande: 220

Już odchodzili. Dobiegło mnie: – …jak wpierdalał… – i śmiechy. Wypluwałem papier, kartka po kartce. W ustach miałem słodycz, coraz większą, ale wiedziałem, że papier uczyni w brzuchu gorzkość, za wcześnie, bo przecież trzeba głosić słowo jeszcze przed wielą ludzi, patrz Apokalypsis, 10:11.

Czy Kruszyńskiemu w tej parafrazie Biblii idzie o słodycz głoszonej gorzkiej wiedzy o wiecznym wygnaniu, o obcości człowieka? Może o rolę tłumacza, który podjął się przekładu historii ciał, dla „normalnego” świata niezrozumiałej? Tłumacza, którym sam sobie musi ciągle tłumaczyć swoje doznania, obserwatora, cały czas czujnego. „Uważałem, miałem napiętą uwagę. Wszyscy zwracali się do mnie, oryginały, które domagają się przekładu. Barman pytał, czy coś jeszcze podać. Tak, jeszcze raz to samo, czułem lekki poszum, jakby włączyć magnetofon (nagrywał, nie odtwarzał)” (Kruszyński 1999: 202). Chodzi nie tylko o tłumaczenie obcym polskich doświadczeń, ale krytyczną literaturę o wspólnocie traumy. Ciało tłumacza nie poddaje się wspólnemu doświadczeniu i nie staje się częścią resentymentalnej wspólnoty. Tłumacz może przekładać nasze cielesne doświadczenia, ale nie chce się nimi „zarazić”. W wieloznacznej, dyskretnej i lapidarnej prozie Kruszyńskiego nigdy nie dochodzi do dyskursywnego wyjawienia intencji. Znaczenie historii ciała pisarz skrywa w dialogu cytatów ironicznie i wprost podawanych, i w ironicznie komentowanych gestach. „Banalne” śniadanie w hotelu potrafi przedstawić jako zaproszenie do posiłku odnawiającego wspólnotę, zaproszenie z którego tłumacz nie chce skorzystać:

Zbigniew Kruszyński : In Dichters Lande: 204

Zszedłem do restauracji. – Sto siedemnaście – podałem numer pokoju, znowu byłem częścią wspólnoty, maître d’hôtel rozkładał ręce, chciał mnie objąć, zapraszał do stołu. Z tego samego dzbanka lała się kawa. Odcinałem pasztet ze sztaby, w której w jedno się stopiły wątroby. Nawet ciepłe bułki podane na blasze łączyły się bokami – jakby ciasto rosło bez granic – i teraz trzeba było jak opłatkiem nimi się łamać. […] Śniadanie leżało przede mną nietknięte, nie mogłem nic przełknąć bez ryzyka, że pęknę.

Podobnie subtelnie pokazuje Kruszyński dwuznaczność translacji, również translacji doświadczeń cielesnych. Przywołuje polemikę rodzimego naukowca, która stwierdza, że właściwie literatura jest nieprzekładalna. Rozumiemy jego intencje – chce dowieść, że także polskie doświadczenie wymyka się przekładowi. U Kruszyńskiego jednak każde doświadczenie w świecie ciągłej zmiany rejestrów (i dyskursów) podlega translacji i dlatego skazane jest na ubytek znaczenia. Dobre tłumaczenie to w rzeczywistości najlepsza z możliwych lektura. Łatwo teraz zrozumieć ironiczne zakończenie opowiadania: tłumacz, który świetnie rozumie polską rzeczywistość, dostał od tej rzeczywistości w twarz (i gdzie indziej). W Powrocie Aleksandra bohater, który przyjechał do Polski na chwilę, z nikim nie chce się spotkać, i właściwie niczego nie chce zapamiętać, bo zbyt wiele pamięta. Każdy przedmiot wywołuje w nim odruch ciała, ciała nauczonego już innego życia, w innym kraju, wśród innych przedmiotów. Nie może poczuć się jak u siebie w domu, bo tak tylko czują się tylko bezkrytyczni autochtoni, którzy potworną, koślawą realność mają we krwi. Autochtoni potrzebują ironicznej prozy Świderskiego i Kruszyńskiego, by mogli rozważyć straty i zyski translacji ciała, ciała naznaczonego jakoby jedyną taką historią.

Zbigniew Kruszyński : In Dichters Lande: 159

Taksówkarzowi kazał się wieźć do pierwszego hotelu. Gromada – przeczytał zaniepokojony nad wejściem, ale zaraz okazało się, że mają też pokoje jednoosobowe, dla jednostek. Dostał mały klucz przytwierdzony do solidnej sztabki, którą dałoby sie otworzyć każdy pokój wbrew numeracji. Potem szybko przeszedł znany rytuał: prysznic sikający w jedna stronę wrzątkiem, a w drugą lodowatym strumieniem […]. Starał się niczego nie zapamiętywać.

Ciało jednak pamięta.

Źródła

Źródła

  • Kruszyński Zbigniew, „Na lądach i morzach” (1999), Wydawnictwo WAB, Warszawa 1999, cyt. na s. 202, 204, 220.
  • Kruszyński Zbigniew, „Ostatni raport” (2009), Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2009,cyt. na s. 150, 155.
  • Kruszyński Zbigniew, „Powrót Aleksandra” (2006), Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2006, cyt. na s. 159.
  • Świderski Bronisław, „Słowa obcego” (1998), Wydawnictwo Znak, Kraków 1998, cyt. na s. 36, 197, 222, 254.
  • Świderski Bronisław, „Asystent śmierci” (2007), Wydawnictwo WAB, Warszawa 2007, cyt. na s. 19, 27, 66, 89.

Opracowania

  • Bocheński Tomasz, „U.u. – czyli śmiech z udręczonej uwagi”, „Tygiel Kultury” 2010, nr 1-3.
  • Browarny Wojciech, „Opowieści niedyskretne. Formy autorefleksyjne w prozie polskiej lat dziewięćdziesiątych”, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 2002.
  • Kraskowska Ewa, „Po zaborach i po PRL-u: postzależnościowe niewspółmierności”, [w:] „Kultura po przejściach, osoby z przeszłością. Polski dyskurs postzależnościowy – konteksty i perspektywy badawcze”, pod red. Ryszarda Nycza, Universitas, Kraków 2011.
  • Nycz Ryszard (red.), „Kultura po przejściach, osoby z przeszłością. Polski dyskurs postzależnościowy – konteksty i perspektywy badawcze”, Universitas, Kraków 2011.
  • Uniłowski Krzysztof, „Koloniści i koczownicy. O najnowszej prozie i krytyce literackiej”, Universitas, Kraków 2002.

Artykuły powiązane