Specyfika nasłuchiwania polega na wzmożonym wysiłku percepcyjnym, który wynika z braku odpowiednio silnych bodźców audytywnych. Źródło dźwięku jest albo jeszcze zupełnie nieobecne, albo jego rozpoznawalność okazuje się – z powodu odległości czy swojej istoty – minimalna.
Literatura pozytywizmu prezentując tego typu percepcję, czyni jej przedmiotem przede wszystkim odgłosy związane z funkcjonowaniem urbanistycznej cywilizacji. W Ascetce Orzeszkowej umieszczona w oddalonej celi siostra Mechtylda wsłuchuje się w dobiegający do niej szum wielkiego miasta. Jego odbiór jest trójfazowy: najpierw w polu percepcyjnym pojawia się niewyraźny i niezróżnicowany zespół dźwięków, którego źródło uzyskuje jedynie ogólną identyfikację. W drugiej fazie bodźce audytywne zostają usunięte, ponieważ ich rola ogranicza się do uruchomienia pracy pamięci i wyobraźni. Dzięki tej aktywności następuje „przekład” doznań słuchowych na wizualne. Bohaterka:
Orzeszkowa 1949: 85
Umiała więc teraz rozłożyć go [tj. szum – C. Z.] na pojedyncze obrazy, które też długim sznurem przesunęły się przed nią na tle ciemności. Ulice pstre od śpieszących po nich tłumów ludzi, rozległe ogrody pełne ludzi, wysokie sale napełnione światłem, muzyką i ludźmi, mrowisko uwijające się, śpieszące, zdyszane, którego jednostki rodzą się po to, aby umierać, kochają się, aby obojętnieć, przysięgają, aby zdradzać, gonią za blaskiem, który jest błotem, szczęście ścigają, a chwytają boleść.
Odgłosy wywołują więc typ halucynacji memoratywnej przenoszącej siostrę Mechtyldę w okres jej światowej młodości. Zarazem jednak ten natłok wspomnień zostaje opatrzony komentarzem, który jest efektem ascetycznych poglądów nabytych przez bohaterkę już w trakcie pobytu w klasztorze. Analogiczny zabieg pojawi się w trzeciej fazie, w której percepcja audytywna odzyskuje swoją dominację: wizualizacja pomaga wyodrębnić z szumu konkretne dźwięki, które natychmiast ulegają negatywnemu nacechowaniu, ponieważ powstały w wyniku działalności prowadzącej do kłamstwa, zdrady czy płaczu (Orzeszkowa 1949: 86). Dopiero tak zinterpretowane odgłosy wywołują efekt katarktyczny: siostra Mechtylda zaznaje uspokojenia, przekonawszy się, że pozostaje poza obrębem niecnych procederów, jakie niezmiennie odbywają się w wielkim mieście.
Koegzystencja percepcji audytywnej i wizualnej pojawia się także w Listach z podróży do Ameryki Sienkiewicza. Pisarz następująco przedstawia pojawianie się pociągu w dzikiej okolicy:
Sienkiewicz 1986: 280
Wyszedłem właśnie na kraniec lasu do Pera i koni, gdy usłyszałem ten odgłos z pustyniowej oddali. Z początku był to niby szmer cichy, potem coraz głośniejszy, bliższy, stopniowo zmieniał się w łoskot, potem usłyszeliśmy bicie dzwonu, potem świst, a raczej ryk pary. […]
Tymczasem odgłos zbliżył się, doszedł do zenitu i nagle ujrzeliśmy pociąg wypadający z lasu. Dziwny był to widok na tej pustyni! Tłoki maszyny, widziane z daleka, poruszały się z szybkością, jakby nogi jakiegoś potworu; paszcza jego ziała kłębami dymu. Była w tym jakaś niepojęta siła, jakaś wściekłość; cały pociąg wydawał się jak olbrzymie zwierzę goniące na oślep za łupem. Nie biegł, ale rwał naprzód, jak wicher albo huragan. Przeleciał na kształt jakiegoś piekielnego korowodu, dysząc, dzwoniąc i hucząc, wpadł na równiny stepowe i leciał dalej, aż znikł wreszcie w stepach w kierunku Los Angelos.
Początkowe nasłuchiwanie jest zatem – w przeciwieństwie do ujęcia Orzeszkowej – dynamiczne i zróżnicowane: skala dźwięku systematycznie narasta, przynosząc odgłosy kolejnych urządzeń lokomotywy. Wszelako pełna identyfikacja pojawia się dopiero wówczas, gdy obiekt stanie się dostępny dla percepcji wizualnej. Jej przebieg również nie jest neutralny, gdyż rejestracja danych zostaje natychmiast uzupełniona iluzją, która demonizuje widok lokomotywy. Zamiast rozpowszechnionej ikony postępu pojawia się więc „żelazny potwór”, uganiający się za nieokreśloną ofiarą. Takiemu rozpoznaniu zostają też przyporządkowane następne – a zarazem brzmieniowo te same – odgłosy, współtworzące efekt „piekielnego korowodu”.
Oba przykłady podkreślają niesamodzielny status nasłuchiwania, które bez percepcji wizualnej (realnej lub wyobrażonej) zaledwie wychwytuje dobiegające dźwięki. Ich dokładna identyfikacja oraz interpretacja dokonuje się w trakcie zespolenia z obrazem, którego sens – inaczej niż w przypadku bodźców audytywnych – dany jest natychmiast. Niewykluczone, że jego negatywny, antycywilizacyjny charakter wynika już z samej pozycji tworzącego go podmiotu: bohaterowie znajdują się bowiem w – rozmaicie pojmowanych – enklawach, oddzielonych od zurbanizowanej przestrzeni. Jeśli nawet w takich miejscach obecność cywilizacji jest nieusuwalna, to jej negatywny status – prawem kontrastu – wydaje się przesądzony.
Rozpowszechniony w literaturze polskiej nurt antyurbanistyczny był w okresie pozytywizmu kontestowany m.in. przez Bolesława Prusa (Rybicka 2003: 76-77). Obserwację tę potwierdza fragment Kartek z podróży przedstawiający pobyt pisarza w Krakowie. Brak percepcji audytywnej (i częściowo – wizualnej) jest synonimem pustki i nudy, jaka ogarnia siedzącego w hotelu pisarza:
Prus 1950: 152
Wyglądam oknem, aby zobaczyć krakowskiego handlarza, piaskarza lub kościarkę, lecz na próżno. Wytężam ucho, aby usłyszeć miłą sercu melodią katarynki, lecz tu katarynek nie znają. W końcu przysłuchuję się turkotowi doróżek lub szmerowi przechodniów – daremne wysiłki! Wpadam w melancholią, za szmer jednego przechodnia oddałbym centa, za turkot doróżki – dwa centy… Wszystko na nic, cicho jak w piwnicy!…
Nasłuchiwanie (a także wypatrywanie) systematycznie zwiększa swój zakres. Pierwotnie bowiem wysiłek percepcyjny ogranicza się do rejestracji tego, co znane: pisarz chciałby doświadczyć w Krakowie dokładnie tego, do czego przywykł w Warszawie. Kiedy jednak to automatyczne nastawienie okazuje się nieefektywne, wówczas pole percepcji zostaje rozszerzone, tak aby pojawiły się w nim doznania audytywne związane z funkcjonowaniem każdego miasta. Ich permanentna nieobecność wywołuje apatię, pod której wpływem Prus zestawia krakowską przestrzeń urbanistyczną z marazmem i zastojem, jaki panuje w podziemnych pomieszczeniach.
Ożywienie wywołuje dopiero percepcja, która nie jest ani odruchowa, ani uniwersalizująca, ale koncentruje się na tym, co specyficzne i niepowtarzalne. Monotonną ciszę przerywa bowiem hejnał:
Prus 1950: 152
Następuje – stwierdza pisarz – aria na trąbkę ze średniowiecznego tematu, raz dość stłumiona, drugi raz bardziej stłumiona, trzeci raz głośniejsza, czwarty raz zupełnie głośnia… Przed oczyma duszy stają mi – ulice jak wąwozy, szare domy z wybiegającymi naprzód ścianami, zakratowane okna, wielkie bramy i sienie pełne tajemnic. Zdaje mi się, że na jednym z domów widzę płaskorzeźbę jelenia, na drugim św. Floriana, na trzecim – dzikich ludzi. Jest mi lepiej, ponieważ przekonywam się, że mój sparaliżowany straszną jednostajnością umysł poczyna już samodzielnie pracować.
U Prusa nasłuchiwanie także wywołuje percepcję wizualną, która zawiera zarówno halucynacje, jak i iluzje. Podobnie jak u Orzeszkowej i Sienkiewicza widać w cytowanym fragmencie ścisłą, organiczną więź między właściwościami akustycznymi a rodzajem i zakresem reprezentacji wizualnej: stara melodia przynosi obrazy dawnego wyglądu miasta (w wymiarze urbanistycznym oraz artystycznym). Wszelako owa transpozycja doznań audytywnych na wizualne jest waloryzowana przez pisarza nader pozytywnie, gdyż potwierdza nie tylko powrót aktywności mentalnej, ale również intrygujący charakter samego miasta. Wysłuchany hejnał przekonuje, iż Kraków posiada genus loci: jest przestrzenią, gdzie historia koegzystuje na równych prawach z nowoczesnością, zmuszając do nieustannych porównań i refleksji.
Równie ważnym obiektem percepcji audytywnej w literaturze pozytywizmu są dźwięki powstałe w wyniku działań zbrojnych. Jednakże modus nasłuchiwania pojawia się w tym przypadku rzadko, ponieważ skala doznań akustycznych u postaci bezpośrednio biorących udział w walce, jest – w sposób od nich niezależny – niezwykle duża, prowadząc nawet do percepcyjnej blokady. Dlatego nasłuchiwanie staje się udziałem tylko tych bohaterów, którzy znajdują się w pewnej odległości od miejsca toczącej się bitwy albo, ewentualnie, uczestniczą w jej ściśle określonych momentach (np. sam początek, przerwa).
Przykłady pierwszego rozwiązania zawierają utwory Orzeszkowej dotyczące Powstania Styczniowego. W opowiadaniu Oni przebieg walk nie zostaje bezpośrednio przedstawiony, a narracja koncentruje się na reakcjach, jakie powstają pod wpływem odbiegających z lasu odgłosów. Wsłuchują się w nie zgromadzone we dworze osoby, których bliscy (synowie, bracia, mężowie) uczestniczą w potyczce. Ponieważ percepcja audytywna staje się jedynym sposobem kontaktu z nimi, dlatego wszyscy oddają się jej z niezwykłą intensywnością. Narrator stwierdza:
Orzeszkowa 1951: 48
Nie widać nic, tylko te dwa grzmoty, toczące się w głębinach lasu, świat sobą napełniają…
Nie widać nic; słuch tylko pracuje, a praca to ciężka. Krew od niej we wszystkich pulsach stuka, jak pośpieszne uderzenia młotów
Reakcje spowodowane przez ten wysiłek są dynamiczne: początkowo nieustanna wymiana strzałów staje się podstawą dla rekonstrukcji przebiegu bitwy, później zaś – zwłaszcza gdy pojawią się także okrzyki rosyjskich żołnierzy – nasłuchiwanie wywołuje przerażenie, rozpacz i zbiorową modlitwę w intencji powstańców. Paradoks polega na tym, iż ostateczny brak jakikolwiek odgłosów doprowadza do jeszcze silniejszej eskalacji napięcia, związanego z niewiedzą i dezorientacją. Na podstawie kolejnych okrzyków niewątpliwe jest tylko zwycięstwo Rosjan, natomiast los powstańczego oddziału pozostaje nieznany.
Orzeszkowa kontrastowo zestawia postawę oczekiwania z nasłuchiwaniem prowadzącym do – niedoszłego – uczestnictwa w działaniach zbrojnych. W opowiadaniu Hekuba dwaj młodzi chłopcy: Olek i Janek uciekają do lasu z zamiarem wstąpienia do powstańczej partii. Lokalizują jej położenie na podstawie wychwyconych odgłosów bitwy, które wzbudzają w nich zapał i entuzjazm do walki (Orzeszkowa 1951: 171). Ekscytacja okazuje się jednak nadmierna, gdyż bohaterowie pod jej wpływem tracą kontrolę nad własnym zachowaniem i przy pierwszej okazji dostają się do rosyjskiej niewoli.
Drugie rozwiązanie pojawia się w prozie Sienkiewicza. Dominuje w tym przypadku nasłuchiwanie mające miejsce tuż przed rozpoczęciem działań zbrojnych. Zadaniem percepcji audytywnej jest więc odpowiednio wczesna lokalizacja wroga, tak aby ewentualny atak z jego strony został uprzedzony. Kluczowym zagadnieniem jest pragmatyczna ocena wychwyconych dźwięków. Sienkiewicz stosuje wyraźną trójstopniową gradację, prezentując nasłuchiwanie błędne oraz takie, które okazuje się – natychmiast lub nieco później – adekwatne. Pierwsze jest udziałem wroga, który dzięki niemu daje się wciągnąć w zastawioną przez polskie wojska zasadzkę: w Potopie szwedzki podjazd mylnie interpretuje panującą ciszę jako brak niebezpieczeństwa (Sienkiewicz 1956e: 46-47), a w Krzyżakach analogiczna pomyłka – tyle że dotycząca naturalnych odgłosów dochodzących z lasu – spotyka niemiecki oddział (Sienkiewicz 1989b: 164).
Niekiedy czujne nasłuchiwanie jest objawem nadmiernej ostrożności ze strony polskich żołnierzy, którym – prima facie – każdy dźwięk wydaje się podejrzany. W Ogniem i mieczem prowadzący oddział Skrzetuski jest przekonany, że dobiegające go odgłosy zapowiadają nieprzyjaciela albo wilcze stada (Sienkiewicz 1956a: 447); natomiast w Potopie nasłuchujący wachmistrz Soroka spodziewa się przybycia koni i – zapewne – jeźdźców (Sienkiewicz 1956d: 17). Dopiero ponawiane akty percepcji oraz konfrontacja wrażeń między żołnierzami prowadzą do trafnych wniosków, zgodnie z którymi zarejestrowane dane nie są oznaką zbliżającego się niebezpieczeństwa.
Przykład natychmiastowego i prawidłowego rozpoznania zawiera Potop, przedstawiając nocną scenę przybycia Szwedów pod Częstochowę. Znajdujący się na murach Kmicic przerywa rozmowę z dowódcą straży, a następnie:
Sienkiewicz 1956d: 221
począł nasłuchiwać pilnie.
– Idą – rzekł nagle.
– Co? Na Boga! Co waćpan mówisz?
– Jazdę słyszę.
– To jeno wiatr z deszczem tętni.
– Na rany Chrystusa! To nie wiatr, to konie! Ucho mam wprawne okrutnie. Idzie moc jazdy… i blisko już są, jeno wiatr właśnie głuszył. Rata! Rata!!!
Sienkiewicz kontrastuje adekwatny i nieadekwatny tryb odbioru, pokazując, iż sama rejestracja danych audytywnych okazuje się niewystarczająca. Właściwa percepcja opiera się na uprzednim doświadczeniu, dlatego analizuje ona daną sytuację w kontekście poprzednich, analogicznych, i dzięki temu dokonuje rozróżnień, jakich nieprzyzwyczajony słuch nie jest w stanie przeprowadzić. Dokładnie ten sam mechanizm pojawia się w Panu Wołodyjowskim, gdzie tytułowy bohater w trakcie oblężenia Kamieńca bezbłędnie wychwytuje – jako jedyny – dźwięki świadczące o pracach saperskich pod fundamentami twierdzy (Sienkiewicz 1956f: 641).
Znamienny jest fakt, iż nasłuchiwanie dotyczące dalekich odgłosów albo stara się ustalić rodzaj i właściwości wywołujących je obiektów, albo przeciwnie, poprzestaje jedynie na ich (trafnej lub nie) lokalizacji. W pierwszym przypadku audytywna percepcja podlega silnej subiektywizacji, a w drugim – okazuje się nader ograniczona. Jednak w literaturze pozytywizmu występuje także nasłuchiwanie prowadzące do obiektywnej oraz skomplikowanej jakościowo analizy źródła dźwięków, chociaż ten typ percepcji jest zarezerwowany wyłącznie dla sytuacji, w których występuje minimalna odległość między podmiotem a przedmiotem generującym odbierane dane.
W opowiadaniu Aleksandra Świętochowskiego Oddechy rodzina głównego bohatera zapada na panującą w mieście chorobę zakaźną. On sam popada natomiast w kłopoty związane z odkryciem przez pruskie władze jego polskiego pochodzenia, dlatego dręczy go bezsenność. Brak snu zmusza go do specyficznej percepcji:
Świętochowski 1951: 173
Żona i dzieci spały. Śród ciszy nocnej piersi ich pracowały głośno i ciężko. Trinkbier wsłuchiwał się w te oddechy z uwagą i niepokojem. Brzmiały w nich świsty, chrapania, rzężenia. Powoli wyróżniał każdy z osobna i z każdego usiłował wybadać zdrowie lub chorobę.
Nasłuchiwanie dokonuje zatem podziału, zgodnie z którym inny zespół dźwięków zostaje przyporządkowany innej osobie. Po tej specyfikacji Trinkbier przystępuje do określenia pracy dróg oddechowych (płuc, gardła, nosa) śpiących, czego dokonuje na podstawie analizy wydawanych przez nich odgłosów. Potrafi w ten sposób nie tylko ustalić samo występowanie infekcji, ale także stopień jej zawansowania oraz dalszą wytrzymałość organizmu (Świętochowski 1951: 174-175).
Zupełnie inny typ nasłuchiwania jest udziałem Zenona Hornicza, bohatera Braci Orzeszkowej. Przykładając ucho do powierzchni ziemi początkowo słyszy jedynie nieokreślone „szmery i szelesty”. Jednakże w miarę trwania percepcji:
Orzeszkowa 1949: 241
począł rozpoznawać mowę ziemi, którą rozumiał, albowiem żył z nią od dawna w związku miłości wielkiej. Były w tej mowie rzeczy różne: skargi, dziękczynienia, płacze ciche, śpiewy przewlekłe, podobne do tych, które piastunki nucą nad kolebkami dzieci chorych. Były w tej mowie ziemi, oprócz szeptów i szmerów, tętna pulsu potężnego, idące z głębin najodleglejszych, a bardziej u powierzchni coraz więcej, coraz więcej uderzeń drobnych, niby serc, które żyły, pracowały, mówiły także, opowiadały…
Pisarka przekształca obecny w literaturze pozytywizmu motyw „wypowiedzi” przypisywanych naturze, które standardowo dotyczą znaczenia pracy. Wsłuchując się w „mowę ziemi”, bohater kontempluje przyrodę w dwóch – odbieranych niemal symultanicznie – wymiarach. Różnorodne, chociaż niezbyt intensywne, odgłosy świadczą o relacyjnym charakterze natury, która składa się z połączonych i nieustannie komunikujących się ze sobą „elementów”. Zarazem jednak bardziej wnikliwe nastawienie odkrywa w niej „tętno”, wskazujące na organiczną całość, będącą niewyczerpywalnym rezerwuarem sił witalnych.
Przykłady Świętochowskiego i Orzeszkowej wskazują ponadto na istnienie dodatkowych warunków, jakich wymaga obiektywizująca percepcja. Dokonujący jej podmiot powinien zostać osamotniony czy odseparowany od dodatkowych bodźców audytywnych; przede wszystkim zaś powinien dysponować uprzednią wiedzą nabytą w wyniku zażyłych kontaktów z tymi (lub tym), których odgłosy „teraz” tak pilnie rejestruje.