Spróbujmy choćby cząstkowo dotknąć tego tematu. Po lekturze lub zaledwie pobieżnym przejrzeniu ostatnich utworów grupy polskich pisarzy zdawałoby się, że polszczyzna radzi sobie coraz śmielej. Manuela Gretkowska, Grażyna Plebanek, Hanna Samson, Janusz Wiśniewski, Andrzej Horubała, Rafał Ziemkiewicz nie tylko nie unikają opisów erotycznych wyczynów, ale wręcz „specjalizują się” w scenach erotycznych. Jak im to wychodzi – to już inna sprawa. Starają się jednak za wszelką cenę przezwyciężyć dychotomię polskiego języka, który w sprawach seksu jeszcze całkiem niedawno poruszał się po skali zero-jedynkowej. Wybór słownictwa ograniczał się do skrajności: eufemizm albo wychodek. Chociaż nie zawsze tak było.
Polskie piśmiennictwo nie miało wprawdzie ani swojej Kamasutry, ani Safony, ani Owidiusza, ani nawet Pieśni nad pieśniami, by już nawet nie wspomnieć markiza de Sade, Georgesa Bataille’u czy Jeana Geneta. Miało jednak Mikołaj Reja, Jana Kochanowskiego, Jana Andrzeja Morsztyna, Wacława Potockiego, Ignacego Krasickiego, Stanisława Trembeckiego czy Aleksandra Fredrę. Erotykę rubaszną, swawolną, jurną, radosną, wyzbytą może subtelności, ale w żadnym razie nie perwersyjną. I ten nurt, czy też te wątki niemal całkowicie zanikły w naszym piśmiennictwie XIX wieku, wyparte przez górne tony literatury martyrologicznej, mesjanistycznej, patriotycznej, narodowowyzwoleńczej, bogoojczyźnianej. Ów brak ciągłości wątków erotycznych spowodował brak ciągłości języka i słownictwa erotycznego. Taka sytuacja trwała ponad stulecie. Chociaż trudno tu nie wspomnieć o Stefanie Żeromskim czy Witkacym. Ale Żeromski, na którym wychowały się dwa pokolenia, już w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia śmieszył swoim młodopolskim napuszeniem i pretensjonalną egzaltacją w opisie scen miłosnych. Witkacemu zaś trudno wprawdzie odmówić biegłości i wyrafinowania w malowaniu scen erotycznych, ale Witkacy stworzył język tak własny i osobny, że trudno byłoby go powielać bez narażania się na zarzut plagiatu czy też małpowania.
Język, o czym od dawna wiadomo, jest żywiołem nieobliczalnym, samorodnym, impulsywnym, trudnym do okiełznania czy kontrolowania, ale podlegającym ciśnieniu rozmaitych czynników pozajęzykowych, tak politycznych, jak obyczajowych. Wyznacza granice poznania, ale także dobrze obrazuje stan umysłów i świadomości zarówno jednostek, jak i społeczeństw, czy też wspólnot narodowych. Staropolski język Jana Chryzostroma Paska czy Jędrzeja Kitowicza w sposób barwny, jędrny i zmysłowy odmalowuje obyczaje, ale jest także bardziej mglisty, mniej intelektualnie nośny, nie tak precyzyjny jak francuski. W XVIII wieku polski był bardziej anachroniczny niż francuski. Dla przykładu polska wersja Podróży Jana Potockiego powstała w XX wieku, pióra Leszka Kukuskiego i Joanna Olkiewicz, lepiej współbrzmi z oryginałem niż w wykonaniu Juliana Ursyna Niemcewicza, który przetłumaczył dwie pierwsze „podróże”.
Przekład jest na ogół dobrym papierkiem lakmusowym na „wydolność” języka w opisywaniu rozmaitych sfer życia umysłowego i zmysłowego. Polski, który ma ruchomą składnię i duże możliwości fleksyjne, jest językiem elastycznym i dobrze wygimnastykowanym. Rzeczowniki, imiona własne, przymiotniki można zdrabniać i pogrubiać, wyczyniać rozmaite harce, niemożliwe na przykład we francuszczyźnie. „Kobieta” to także kobietka, kobiecinka, kobieton, kobiecisko. „Gruby” może być grubszy, grubaśny, grubawy, grubiutki, przygruby etc. Każde słowo jest nacechowane znaczeniowo i emocjonalnie. Czasowniki, na przekór pozornemu ubóstwu koniugacji i braku rozbudowanej drabinki odmiany czasów, istniejącej choćby w językach romańskich, mają ogromne możliwości dzięki bogatemu zasobowi przedrostków i przyrostków. Weźmy dla przykładu słówko „robić” – można też dorobić, narobić, nadrobić, niedorobić, obrobić, odrobić, podrobić, porobić, przerobić, rozrobić, urobić, wrobić, wyrobić, zarobić, zrobić. Sens za każdym razem jest inny.
Ale wracajmy do języka erotycznego w literaturze polskiej. Dobrą ilustracją niechęci do wątków erotycznych w piśmiennictwie XIX wieku jest przekład Rękopisu znalezionego w Saragossie pióra Edmunda Chojeckiego. Swoista „cenzura obyczajowa” nakazała Chojeckiemu tuszować sceny erotyczne, chociaż daleko im do dosadności opisów markiza de Sade. Potocki posługuje się raczej aluzją i niedomówieniem, nigdy nie rezygnując przy tym z elegancji frazy ani nie posuwając się do drastyczności. Niektóre sceny Leszek Kukulski zdołał zrekonstruować dzięki dwóm paryskim wydaniom. Można przytoczyć dziesiątki przykładów na cenzorskie praktyki Chojeckiego, który „łagodził” erotyczne opisy, usuwał je i skracał. W polskiej wersji sceny te odbiegają od stylu, rejestru językowego i tonacji Potockiego. Sporo w nich czułostkowości, sentymentalizmu i roztkliwienia, z gruntu obcych oryginałowi. Z uwagi na szczupłość miejsca poprzestanę na jednym przykładzie.
Oto fragment z „Dnia 10”:
Orlandine plaça leurs chaises devant le miroir, après quoi elle délaça la fraise de Thibaud et lui dit:
-Vous avez le col fait à peu près comme le mien, les épaules aussi, mais pour la poitrine, quelle différence! La mienne était comme cela l’année passée, mais j’ai tant engraissé que je ne me reconnais plus. Ôtez donc votre ceinture, défaites votre pourpoint. Pourquoi toutes ces aiguillettes?…
Thibaud ne se possédant plus porta Orlandine sur le lit de moire de Venise et se crut le plus heureux des hommes… (Jan Potocki Le Manuscrit trouvé à Saragosse: 108-109; 1810: 133).
Chojecki wiedziony jakąś niepojętą pruderią przełożył, a właściwie streścił ten ustęp po swojemu:
Orlandyna przysunęła krzesło, posadziła Tybalda i zaczęła doń uśmiechać się w zwierciadle. Następnie gładziła mu czoło, bawiła z pierścieniami jego włosów, wreszcie zarzuciła mu śnieżne ramiona na szyję, przytuliła do piersi. Tybald odchodził od zmysłów, zaćmiło mu się w oczach, krew biła w nim gwałtownie, upojony nieopisaną rozkoszą objął kibić zachwycającej istoty (Potocki Jan Rękopis znaleziony w Saragossie, t. 1: 217).
Kukulski, który miał podstawę oryginału, przywrócił opis, choć też nieznacznie go stuszował:
Orlandyna przysunęła krzesło przed zwierciadło, po czym odpięła krezę Tybalda i rzekła:
-Masz szyję prawie taką jak moja, ramiona też – lecz jakże odmienne piersi! Przed rokiem nie byłoby jeszcze tej różnicy, ale dziś moich wprost poznać nie mogę, takiej zmianie uległy. Zrzuć, proszę twój pas i te wszystkie okrycia. Cóż widzę?… [Po cóż te wszystkie zapinki?]
Tybald nie panował już nad sobą, poniósł Orlandynę na sofę [na posłanie z weneckiej mory] i uważał się za najszczęśliwszego z ludzi… (Potocki 1956: 116).
Kukulski szczęśliwie usunął „śnieżne ramiona”, „zaćmienia” w oczach i „kibić zachwycającej istoty”. Nie pasują do poetyki Potockiego, bo też Chojecki najzwyczajniej te określenia zmyślił.
Ale za to powyższy przykład doskonale obrazuje sposób przedstawiania scen erotycznych w piśmiennictwie polskim połowy XIX wieku. Uzmysławia nam również, dlaczego tak dawniej bogate słownictwo erotyczne mogło wyjść z użycia. A skoro wyszło z użycia, to stało się anachroniczne. I pomijane przez leksykografów. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku zaczęły się pojawiać słowniki uwzględniające ten zasób słownictwa (ukazały się m.in. Słownik gwary uczniowskiej, Słownik gwary studenckiej czy Słownik polszczyzny potocznej, a także nieoceniony Słownik synonimów Andrzeja Dąbrówki, Ewy Geller i Ryszarda Turczyna – pierwszy słownik wyrazów bliskoznacznych, który obejmuje słownictwo nie tylko od pasa w górę, ale także od pasa w dół. Pierwsze całościowe kompendium opublikowano w roku 1999. Słownik seksualizmów polskich Jacka Lewinsona obejmuje 10.000 haseł rejestrujących słownictwo erotyczne i pornograficzne od XV do połowy XX wieku i zawiera przykłady między innymi z pism Reja, Kochanowskiego, Morsztyna, Trembeckiego czy Fredry. Co znamienne, słownictwo erotyczne pojawiało się w dawnej literaturze polskiej wyłącznie w poezji, polska proza zaczęła się oswajać z erotyką dopiero w XX wieku.
Zawartość Słownika Lewinsona ujawnia nam sytuację paradoksalną. Otóż polszczyzna ma dostateczny zasób seksualizmów, ba, nawet wyróżnia się obfitością słownictwa erotycznego, ale proza nie potrafiła, i często nadal nie potrafi sprostać opisom scen erotycznych. Być może winny jest tu brak naturalności w traktowaniu tej sfery życia lub też wspomniany już brak ciągłości wątków erotycznych, który wpływa na obecną nieporadność prozaików. Nie sposób dzisiaj na wstecznym biegu sięgnąć ponad literaturą XIX-wieczną do frywolnych zasobów staropolszczyzny, jej słownictwa i sposobów obrazowania.
Najdobitniej przekonali się o tym tłumacze literatury, którzy musieli się zmierzyć z tym wyzwaniem. Przekłady stanowią część polskiego piśmiennictwa, jego żywotne dopływy i często wyznaczają mu nowe szlaki, inspirują nowatorskie dykcje. Można powiedzieć, że właśnie tłumacze przywrócili polskiej literaturze lub też oswoili polską literaturę z opisem erotycznym, wymyślając często język. Dość wspomnieć o pojawiających się stopniowo od lat siedemdziesiątych XX wieku przekładach prozy Henry Millera, Philipa Rotha, D.H. Lawrence’a, a także Sade’a, Geneta, Bataille’a, Louisa Aragona czy Guillaume’a Apollinaire’a. Literatura francuska jest zresztą dobrym poligonem do tego rodzaju ćwiczeń i manewrów z uwagi na brak pruderii w traktowaniu erotyki. Nigdy nie utraciła kontaktu z tą sferą życia człowieka i nie ugrzęzła w skrajnościach. Nadal żywe są określenia, których używał jeszcze Sade (co nie znaczy, że słynny markiz przez ponad stulecie nie leżakował na indeksie, chociaż obecnie stoi na bibliotecznych półkach w dostojnej edycji Plejady). Baiser, enculer, które brzmią po francusku dosyć naturalnie, to nie lada wyzwanie dla tłumaczy, którzy rozmaicie sobie radzili. Najczęściej używając dosadnych wulgaryzmów, w rodzaju „pierdolić”, „rżnąć w dupę” (Sade 1996). Bywały też próby, szczęśliwie zarzucone, przyswojenia polszczyźnie słowa „seks” w znaczeniu męskiego członka. „Trzymałem w dłoni wyprostowany seks” (Bataille 1991: 59). Tłumacze nie wzbraniają się jednak przed używaniem wulgaryzmów, które brzmią znacznie bardziej dosadnie niż w oryginale: „chuja połknął srom”, „dymiąca pizda” (Bataille 1991: 125), etc.
Nie inaczej jest w przekładach Henry’ego Millera, w których tłumacz, być może dla przełamania językowego tabu posłużył się wulgaryzmami: „umyłem jej pizdę”, „chuj wygląda jeszcze bardziej zabójczo”, „kutas mi stwardniał” (Miller 1987: 39) etc.
Chociaż bardziej soft brzmią już erotyczne sceny w Kochanku lady Chatterly, powieści oskarżanej swego czasu o szerzenie pornografii: „Jej ciężkie, rozkołysane piersi dotknęły czubka drgającego, wyprężonego phallusa i zebrały kropelkę wilgoci”; „I mężczyzna był bezradny, gdy penis powolną, miękką pulsacją obrzmiał, wezbrał, powstał i stwardniał stercząc mocno i dufnie w ten swój dziwny, wyniosły sposób” (Lawrence 1973: 222-223).
Co jednak zrobić, jeśli nie ma w miarę oswojonego, neutralnego języka erotycznego? Jeśli pejzaż erotyczny tworzą słowa wulgarne, eufemizmy lub terminy medyczne? Co znamienne, bardziej obrazowe i „nieprzyzwoite” są spolszczone nazwy medyczne, typu łechtaczka, pochwa, srom, macica, prącie, niż całkowicie abstrakcyjne wulgaryzmy. Istnieje niejakie ubóstwo nazewnictwa neutralnego. Brak na przykład współczesnego określenia na srom poza prymitywną i niewybredną „cipą” lub „szparą” czy dostojnym „łonem”. Trochę lepiej jest w zakresie czasowników i rzeczowników nazywających czynność erotyczną. Coraz częściej używa się określeń typu „bzykać”, „bzyknąć”, „pukać”, dymać”, „posunąć” zamiast dosadnych i prostackich „ruchać”, „pierdolić”, rżnąć”, „jebać”.
Trudno jednak zasypać przepaść i wypełnić nadal istniejącą lukę w języku, który słówko „jouir”, czyli „doznawać rozkoszy”, „mieć orgazm”, „szczytować” najczęściej zastępuje klozetowym „spuścić się”.
Pozwolę sobie odwołać się do własnego doświadczenia translatorskiego i na zakończenie zacytować fragment Dziennika intymnego Raymonda Queneau, w którym Sally Mara, krnąbrna i przewrotna nastolatka, zapisuje rezultaty własnych badań nad szczegółami męskiej anatomii.
Spieszno mi było przejść obecnie do drugiego punktu teorii, wciąż pozostającego w zawieszeniu, jakkolwiek kontakt z tym obiektem ciepłym i gładkim, co go miałam w garści, był raczej krzepiący. Niecierpliwiłam się niepotrzebnie, bo już po chwili poczułam, że w dłoni wybucha mi gwałtowny potok, który tryska jak gejzer i spływa mi na palce. W następstwie tych działań modyfikacje objętości i konsystencji dokonały się w kierunku dokładnie odwrotnym do tego, który spowodował owo przesilenie, i w dziupli spodni spoczęła jakaś rzecz niepozorna, wilgotna i rozedrgana (Queneau Raymond, Dziennik intymny: 156)
Morał, jaki można z tego wyciągnąć, jest taki, że tłumacz nie ma zazwyczaj kłopotu z przełożeniem scen choćby całkowicie bezpruderyjnych, by nie rzec obscenicznych, jeśli tekst oryginału nie nazywa czynności erotycznych wprost ani też nie wymienia stosownych części ciała.
Artykuły powiązane
- Hanusiewicz-Lavallee, Mirosława – Adon
- Kunz, Tomasz – Erotyka a starość
- Rajewska, Ewa – Płeć w przekładzie
- Hanusiewicz-Lavallee, Mirosława – Anakreontyk w literaturze staropolskiej
- Obremski, Krzysztof – Toruńskie zagadki weselne
- Hanusiewicz-Lavallee, Mirosława – Pięć stopni miłości w literaturze staropolskiej