Początkowo doświetlenie światłem naturalnym domów mieszkalnych wymagało tworzenia otworów w murach przepuszczających zimno lub gorąco, zaburzając jedną z najważniejszych funkcji budynku, jaką była izolacja od warunków termicznych na zewnątrz. Był to zawsze poważny problem techniczny dla budowniczych. W klimacie gorącym (południe Europy) otwór w murze nie był często niczym wypełniony, gdyż nie trzeba było się zazwyczaj bronić przed penetracją zimna. Stosowano za to różnego typu drewniane okiennice, zamykające w dowolnym momencie nadmierny dostęp promieni słonecznych. Najpopularniejszym sposobem mocowania wypełnień otworów było wstawianie drewnianej ramy (ościeżnicy), na którą naciągano różnego typu półprzepuszczalne materiały jak np. rybie pęcherze, skóry, tkaniny, czy płótna. Już w starożytności znane było szkło, znali je już Rzymianie. Było ono jednak dość grube, i co ważniejsze – nie było płaskie. Wpuszczało oczywiście światło, ale obraz widoczny przez nie był mocno zniekształcony lub nieczytelny. Technika jego wyrobu uniemożliwiała także zbyt duże wymiary płatów, poza tym było one drogie.
Wcale nie oczywistą sprawą było otwieranie okien. Chaty wiejskie do pierwszych dekad XX wieku wyposażone były najczęściej w nieruchome ramy okienne. Kościoły, budynki municypalne oraz pałace wyposażone były w większe otwory z ościeżnicami, z oszklonymi oknami osadzonymi w ramiakach (skrzydłach) na zawiasach. Część lub całe okno mogło być w takich oknach otwierane. Aby dzielić okno na mniejsze części używano słupków i krzyży kamiennych (późne średniowiecze) (Bicz–Suknarowska 2004: 214), potem używano do tego celu drewna. Okna wypełnione były niedużymi płatami półprzezroczystego szkła różnych kształtów: np. rombów, sześciokątów, kół zwanych gomółkami, łączonymi paskami ołowiu (Borwiński 2005: 28).
Bardzo ważnym, późniejszym udoskonaleniem było wprowadzenie drewnianych szczeblinek i kitu do mocowania szkła (we Francji w połowie XVII w., w Polsce dopiero od XVIII w.) (Borwiński 2005: 28) Można było dzięki temu projektować duże okna, dzielone na mniejsze kwatery, charakterystyczne dla nowożytnych kamienic oraz pałaców. Otwór okienny dzielono wpierw na dwie części stałym, nieruchomym ślemieniem (choć nie była to reguła), zaś same ramiaki (skrzydła) okienne dzielono wpierw na krzyż, zaś powstające cztery kwatery – dzielono ponownie szczeblinami (czyli szprosami). Podstawowa kwatera była w rezultacie nieduża, jej wymiary nie przekraczały zwykle pięćdziesięciu centymetrów.
Wielkość otworów zależała od muru, w którym był on wybity i od sposobu jego wypełnienia. Okno oznaczało przerwę w strukturze ściany, a więc i problem przenoszenia ciężatu tej części murów, które znajdowały się nad nim. Rozkład tych sił umożliwiało nadproże, które w architekturze drewnianej składało się po prostu z poziomej belki. Teoretycznie okna mogły być duże, niemniej ograniczały je nieszczelne sposoby wypełnienia. Proste rodziny nie mogły też sobie pozwolić na szklenie okien. Dawne miejskie domy drewniane o konstrukcji zrębowej (wieńcowej, czyli z poziomo ułożonych na sobie bali drewna – na temat wczesnych domów por. Piekalski 2004: passim) miały nieduże okna z rozpiętymi na nich materiałami półprzepuszczalnymi. W trójnawowych wiejskich domach, gdzie oprócz ludzi rozmieszczano w bocznych nawach zwierzęta, światło również wpadało skąpo. Niedostateczne doświetlenie wnętrza było normą, do której ludzie byli przyzwyczajeni. Sytuację pogarszał często fakt zadymienia wnętrza (chaty kurne), ale palenisko było zarazem źródłem oświetlenia ciemnawego wnętrza.
Trudniej było sprawić, by światło przepuszczała ściana murowana. Aby zrobić otwór w ciężkim murze, trzeba było zapewnić silne nadproże. Najlepsze możliwości dawał znany od starożytności łuk. Ważny tu był również czynnik obronności, sprawiający, że w praktyce w dawnych domach typu kemenate (niedużych, murowanych domach obronnych pośród drewnianej zabudowy, znanych także na ziemiach polskich) i wieżach mieszkalno-obronnych zostawiano niewielkie otwory. Typ ten ewoluował potem w arystokratyczną siedzibę obronną w kształcie wysokiej wieży, nawet jeśli już zagrożenie najazdem było zminimalizowane z powodu otoczenia miasta murami. Parter takiej budowli był nieużywany, często bowiem dopiero na pierwszym piętrze sytuowano izby mieszkalne. Z uwagi na swój obronny lub pseudoobronny charakter, wnętrze takiej budowli było bardzo ciemne, rozświetlane tylko niewielkimi łukowymi okienkami, czasem grupowanymi w podwójna biforia i potrójne triforia.
Podobnie ma się sprawa z domami ceglanymi. Większe możliwości przynosiła konstrukcja szkieletowa domu (drewniana). System słupów i belek przenosił ciężar zadaszenia, zaś wypełnienie konstrukcji mogło mieć bardziej dowolną strukturę, a więc i okna mogły być większe.
Domy mieszkalne w polskich miastach w średniowieczu rozwijały się dzięki rozwojowi samych miast, a te zaś – dzięki prawu i kolonizacji niemieckiej. Głównym zajęciem mieszkańców był handel. Domy znajdowały się w posiadaniu warstwy mieszczan – posiadaczy, do których zaliczał się i najbogatszy patrycjat, i mniej zamożni handlarze oraz rzemieśnicy, prowadzący przestrzennie warsztaty, gdzie pomagała im mieszkająca razem z nimi czeladź. Domy znajdowały się w posiadaniu jednej rodziny tworzącej jedno gospodarstwo domowe. Plebs, czy też lud, składał się z biedniejszej ludności, zamieszkującej z bogatszymi pod jednym dachem lub w budach wzdłuż lub poza murami miasta.
Konsekwencją zabudowy szeregowej miast były mniejsze możliwości doświetlenia wnętrz. Wczesną wersją kamienic (mimo nazwy – chodzi nie tylko o budynki murowane, ale też zbudowane z drewna, czy szachulcowe) był dom sieniowy, znany w północnych i centralnych ziemiach polskich. Idea sieni, pomieszczenia charakterystycznego dla dolnoniemieckiego regionu (obszar wzdłuż wybrzeży Morza Bałtyckiego i Północnego) polegała początkowo na stworzeniu wysokiej hali mieszkalnej z paleniskiem, w której cały dym gromadzić się miał w górnej części kubatury, dzięki czemu zwiększał się komfort przebywania w domu. Dopóki zabudowa była najprostsza (jedno pomieszczenie stawiane wzdłuż ulicy) światło mogło dobiegać z obu stron budynku. Tendencja zagęszczania zabudowy w bogatszych miastach handlowych objawiała się w dostawianiu kolejnej linii pomieszczeń z tyłu budynku (tzw. drugi trakt) oraz w dodawaniu pięter i – jeśli starczało miejsca – nowej izby wzdłuż ulicy (na ten temat por. Chorowska 1994; Sowina 2004; Jamroz 1983; Grabski 1968; Gałka 1999; Żaryn 1963; Widawski 1985).
Sień w domu typu sieniowego mogła być doświetlona jedynie od strony ulicy, boczne ściany były położone zbyt blisko granic działki, by mogły mieć – ze względów pożarowych – przebite otwory. W trakcie rozwoju pierzeja uliczna stopniowo wypełniała się tak, że domy ściśle przylegały do siebie. Biorąc też pod uwagę fakt, że szerokość kamienic w obrębie murów miejskich wielkich miast handlowych była w średniowieczu bardzo różna (nawet tak mała jak cztery metry), musiało to wpływać na słabszą możliwość doświetlenia wnętrza światłem naturalnym.
Dom sieniowy składał się z wielu pomieszczeń o coraz bardziej sprecyzowanej funkcji. Sień była pomieszczeniem reprezentacyjnym oraz wielofunkcyjnym, stąd była wyposażona w duże okna i drzwi wejściowe z ulicy, które oświetlały większą część pomieszczenia. W głębi sieni, której głębokość nierzadko sięgała kilkunastu metrów, docierało już bardziej rozproszone światło. Źródłem światła w głębi sieni było palenisko z okapem prowadzącym do komina. Sień była bardzo wysoka, w rejonach nadbałtyckich nawet 5–6 metrowa, górna część pomieszczenia musiała więc być ciemniejsza niż dół, co jest o tyle ważne, że w późniejszym okresie wyżej znajdowały się antresole mieszkalne oraz galeria, prowadząca do izb na piętrze.
Początkowo schody umieszczone były w przestrzeni sieni, potem jednak chowano je za wewnętrzną ścianą sieni, i wtedy panował w nich mrok. Z tyłu parteru wydzielano jedną lub dwie izby, służące przechowywaniu droższych przedmiotów, stąd też chronione były często kratami w oknach, które wychodziły nie na szeroką ulicę, ale na zabudowane, nierzadko z trzech stron, podwórko. Izby tylne były pomieszczeniami bardziej prywatnymi, czasem służyły też jako sypialnie, nie były więc zbyt jasno doświetlone. Równolegle do izb tylnych ulokowany był tzw. przechód, tunelowate pomieszczenie prowadzące na podwórze. Nie miało ono oczywiście dodatkowego oświetlenia poza drzwiami na podwórko. Na piętrze znajdowały się pomieszczenia sypialne i jadalne. Okna z obu stron domu były dość duże. W niektórych miastach ukształtował się zwyczaj budowy wysokich sal paradnych na pierwszym piętrze. Okna takich pomieszczeń były szczególnie duże i reprezentacyjne, zakończone płasko, łukiem lub łukiem ostrym i nieraz z wypełnieniem witrażowym. Ze względu na ich wyjątkowe oświetlenie nazywano je nawet świetlicami.
Górne kondygnacje ukryte bywały już w wysokim dachu, a malutkie okienka doświetlające sprawiały, że panował w nich półmrok. Pierwotnie służyły one magazynowaniu zboża lub towarów handlowych, z czasem przybierały funkcję mieszkalną, a wtedy wybijano tam większe okna.
Miasto nowożytne nadal było zamieszkiwane przez wspomniane już warstwy zamożnego (patrycjat i inni mieszczanie – posiadacze) oraz uboższego (plebs) mieszczaństwa. Nowością była napływająca do miast arystokracja, .
Ciasne średniowieczne kamieniczki przeistaczały się w wielkie kamienice. Jednak nadal dawało się w nich odczuć deficyt światła. Największe okna były od frontu: całe rzędy ujętych w dekoracyjne kamienne obramienia okien wypełniały kolejne poziomy fasady (o kamienicach nowożytnych por. Brzezowski 2005; Tajchman 1985; Korduba 2005; Frazik 1985; Jasieński 1934; Putkowska 1983; Kwiatkowski 1989). Liczba pokoi zwiększyła się, pokoje na wyższych piętrach często należały do wydzielonych mieszkań, oddawanych na wynajem obcym. Podczas gdy przestrzenie mieszkalne – w pierwszych rzędzie te od frontu – stały się towarem na sprzedaż, ich jakość musiała stać się przedmiotem większej troski właściciela. Równocześnie oczekiwania wobec mieszkania w dużych miastach zaczęły wyraźnie rosnąć. W świadomości mieszkańców miasta pojawiła się kwestia komfortu mieszkania (Rybczyński 1996), o której wcześniej nawet nie marzono. Jednym z elementów komfortu było właśnie (d)oświetlenie przestrzeni mieszkalnej.
W kamienicach środkowoeuropejskich, do których należały domy miejskie m.in. Krakowa, a potem i Warszawy, doszło do wykształcenia tzw. trzeciego traktu. Polegało to na wydzieleniu w środkowej części domu przestrzeni na schody i pomieszczenia pomocnicze. Nowością było odzielenie tej przestrzeni ścianami konstrukcyjnymi, pnącymi się od piwnic po dach. W rezultacie powstała klatka schodowa, gdyż schody na każdym piętrze znajdowały się w tym samym miejscu rzutu. Gdy już wydzielono klatkę schodową, można było wprowadzić górne jej oświetlenie. Światło wpadało przez okna wyprowadzonej ponad dach tzw. latarni, która była po prostu kolejną, niewielką kondygnacją, która miała rzut poziomy pokrywający się z rzutem samego wewnętrznego, „pomocniczego” traktu. W całym tym trakcie od parteru do dachu nie było stropów: światło mogło dość swobodnie wędrować w dół schodów. Dzięki temu usunięto problem ciemnej przestrzeni komunikacyjnej.
Inną tendencją była dobudowa kolejnych pięter mieszkalnych (tworzono je np. z dawnych kondygnacji poddasza gospodarczo – spichlerzowego). Pomieszczenia na każdym piętrze dzielono na mniejsze, o przeznaczeniu mniej wspólnym, a bardziej intymno – prywatnym. Powstawały kolejne mieszkania na wynajem, po dwa lub więcej na piętro. Jedno lub dwa doświetlane dużymi oknami od frontu, inne doświetlane gorszym światłem od podwórza (podwórze było coraz częściej zabudowane przynajmniej z tyłu).
Wnętrza nowożytnych kamienic holenderskich można dziś poznać dzięki obrazom Johannesa Vermeera van Delfta (1632–1675, Monkiewicz 1994: 161-179). Najsławniejsza część jego dorobku to obrazy ukazujące postacie (często alegoryczne) w swych codziennych czynnościach. Tłem obrazów są wnętrza pomieszczeń tuż przy oknach. Okna te – wielokwaterkowe, podzielone drobnymi szprosami, czasem z kolorywmi szkiełkami, a także nie zakryte holenderskim zwyczajem żadnymi zasłonami – oświetlają pobliski stół, przedmioty codziennego użytku oraz osoby. Można dokładnie prześledzić jak intensywne światło wpadało do wnętrza i jak się w nim rozpraszało. Różnie można odczytywać znaczenie tych obrazów, nie zmienia to faktu, że są one wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, świadectwem funkcjonowania kultury mieszczańskiej Holandii doby jej rozkwitu, a przy okazji świetnym sposobem na obserwację prywatnych przestrzeni domostwa i ich oświetlenia.
Inną formą miejskich domów mieszkalnych była powstająca od XVIII w. zabudowa miast przemysłowych, często budowanych przez prywatnych właścicieli dóbr lub państwo od podstaw. Zamieszkująca je ludność byłą formalnie zależna od właściciela dóbr lub w pełni wolna (miasta rządowe). Nowi przybysze mogli osiedlać się z własnej woli, dawano im za to nawet różnego rodzaju koncesje, jak np. czasowe zwolnienie z podatków.
Domki robotnicze w osadach przemysłowych musiały mieć dostateczne doświetlenie z uwagi na chałupnicze metody wczesnej wytwórczości. Domy tkaczy łódzkich z lat 20–tych XIX w. – te budowane przez rząd i prywatne – były wolnostojące, co mogło być wykorzystane poprzez umieszczenie okien od trzech stron domu. Od frontu miały cztery okna i tyleż od tyłu (przy długości 26 m), a w szczytowej ścianie warsztatu dodatkowo trzy okna (Popławska 1992: 10).
Dziewiętnastowieczna kamienica czynszowa była bardzo złożonym budynkiem i takie też były warunki doświetlenia pomieszczeń. Najdroższe i największe były mieszkania położone we frontowym budynku. Okna pokoi reprezentacyjnych wychodziły na ulicę, wyposażone były w duże okna drewniane podwójne (między dwoma warstwami otwieranych skrzydeł okiennych znajdowała się przestrzeń izolacyjna, wypełniona powietrzem) oraz portfenetry prowadzące na bardzo popularne wtedy balkony. W rezultacie takie pomieszczenia jak salon, gabinet, często sypialnia pana i pani domu były dobrze oświetlone. A wyjątkowo dobrze oświetlone były pokoje narożne od frontu, jeśli kamienica przylegała do skrzyżowania. Przykładem takiego pokoju był np. gabinet. W poniższym opisie kamienicy czynszowej z przełomu XIX i XX w. wracamy do kwestii przepuszczalności cieplnej otworów okiennych:
Pokój tatusia jest narożny, wychodzi na ulicę Trębacką i Krakowskie Przedmieście, ma okna na dwie strony, wygląda jak latarnia. […] Jest zimno, w pokoju nie napalono, a choćby napalić, to mama mówi, że ten piec to otchłań i że i tak wszystko ciepło przez tyle okien zaraz ucieknie. (Jadwiga Kopeć, „Dziecko dawnej Warszawy”: 23-25)
Z hallu wejściowego dostępne były też pokoje doświetlone od podwórza, a więc słabszym światłem. Należały do nich dalsze sypialnie, pokój dziecinny (jeśli był), narożna jadalnia, a dalej – w oficynie – kuchnia, mniej ważne pokoje mieszkalne i pokoje pomocnicze. Jadalnia była o tyle charakterystycznym pomieszczeniem, że miała tylko jedno okno na wąskiej ścianie w ściętym narożniku podwórka. Okno takie nazywało się oknem berlińskim. Okna od podwórza miały z reguły mniejszą powierzchnię, mniej też tam było balkonów. Ta nierównomierność doświetlenia wynikała z samego kształtu budynków, wchodzących w skład kamienicy (był to rezultat długiej ewolucji), ale narzekano też na nieracjonalność funkcjonalną pokoi w kontekście oświetlenia:
Prawie we wszystkich mieszkaniach największy pokój od podwórza (stołowy) miał jedno duże okno we wnęce, nie dające dostatecznego światła. Natomiast pokoje od ulicy były słoneczne i widne. Szkoda też wielka, że ówczesny zwyczaj kazał te właśnie pokoje przeznaczyć na salony i gabinety, używane od święta na cele reprezentacyjne, podczas gdy codzienne życie koncentrowało się w pokojach mniejszych lub ciemnych. Trzyokienny olbrzymi salon dziadków z pluszowymi meblami i masą rzekomo artystycznych drobiazgów, pieczołowicie sprzątany, używany był tylko przy szczególnych okazjach, a rodzina spędzała większość czasu w ciemnym stołowym. Tak wtedy było wszędzie. […] Bardzo upośledzone pod względem powietrza i światła były mieszkania w oficynach, bo podwórza były nieduże, szare, kwadratowe, bez źdźbła zieleni. Wyglądając przez okno, nie można się było zorientować w porze roku. (Wanda Litterer „Nasza kamienica Trębacka 4”: 10)
Opisując mieszkania w oficynach trzeba dodać, że nie tylko były słabiej doświetlone, ale też okna wychodziły na jedną stronę budynku (na podwórze), co utrudniało ich przewietrzanie. Należy jednak pamietać, że nie były to pokoje głębokie; aby zmieściły się dwie oficyny z boków określonego przepisami, co najmniej dziewięciometrowego podwórka, musiały być dość płytkie. Jeśli jednak kamienica miała kilka pięter (np. cztery), to światło wpadało głównie do tych wyższych mieszkań. Jakość oświetlenia takiego parterowego pokoiku w podwórzu opisał młody, biedny student Stefan Żeromski w swoich Dziennikach:
Okno z naszego pokoju wychodzi na podwórze. Takiego drugiego podwórza nie ma prawdopodobnie w całej Warszawie. Jest ono wielkości mniej więcej – chustki od nosa. Ponieważ mieszkamy na parterze – widzimy więc tuż pod samym oknem kwadratowy kawałek asfaltu, nad asfaltem wznosi się prostopadle szara ściana, sięgająca prawdopodobnie do nieba, gdyż z naszego okna nie widać końca tej ściany, choćby się wysunęło na dwór głowę… […] W ścianach studni czernieją – okna. Mówię czernieją, gdyż szyby tych okien rzadko bardzo widują słońce. Słońce nigdy nie wdrapuje się na niebo tak wysoko, by mogło oświecić wszystkie zagłębienia i zmarszczki starości w asfalcie. A jednak – chce ono być wszędzie; rankiem przez szczelinę szerokości łokcia, sformowaną przez komin i sąsiednią ścianę, wskakuje w tę ciemną szufladę promień słoneczny. (Stefan Żeromski „Dzienniki”: 207)
Inny układ miały mieszkania najwyższe, ulokowane na poddaszu lub w mansardach. Mieszkający tu często studenci, artyści, służące lub inne niezamożne, samotne osoby miały i więcej słońca (jeśli ta ściana podwórza nie wychodziła na północ) i ciekawe widoki. Krótki opis takich mieszkań znajdujemy w Dziennikach Żeromskiego, który w czasach studenckich najczęściej zamieszkiwał takie „studenckie czwartaki”:
Noce są teraz cudowne. Śmiertelnicy zwyczajni z parterów, pierwszych, drugich pięter nie mają ani nawet pojęcia o tym, co to jest brzask. Nad nimi jeszcze panują cienie, gdy do mnie przylatuje poranny wiatr. (Stefan Żeromski „Dzienniki”: 48)
Najgorsze warunki oświetleniowe mieli mieszkańcy suteren. Te znajdujące się w piwnicy pomieszczenia były wykorzystywane również pod wynajem (często kilku rodzinom jedną izbę). W izbach panował półmrok z uwagi na niewielkie okna oraz ich niekorzystne umieszczenie w górnej części ściany. Do tego dochodziły takie aspekty jak trudność w myciu takiej szyby, a szansa na jej zabrudzenie była wyższa niż w innych mieszkaniach, co bliżej przedstawia fragment Dziewcząt z Nowolipek Poli Gojawiczyńskiej:
Suterena, to się wie, tyle zostało napisane i powiedziane o tych oknach przyziemnych, na wysokości rynsztoków. Nogi ludzkie, stopy w kamaszach, trzewikach, kapciach, trepach! Stopy gołe. Franka przeszła ten okres jak ciężką chorobę. […] Ludzie całego domu wylewali tu swoje brudy do rynsztoka, płynącego wyżej niż ono. Odpryski tych brudów padały na szyby. Słychać było ciągle bulgotanie wody w jakichś rurach; zaraz koło okna wodociąg podwórzowy kapał ciężkimi kroplami. (Pola Gojawiczyńska Dziewczęta z Nowolipek: 17)
Dodatkowym światłem mogła być jasność dochodząca z korytarza, jeśli drzwi miały szklane wypełnienie. W każdym razie najniższa ranga owych pomieszczeń odzwierciedlała się m.in. w ich słabym doświetleniu.
Widać z powyższych opisów i cytatów, jak wyraźnie dzieliły się pod względem światła pomieszczenia w różnych miejscach kamienicy, a różnice te odbijały się na cenach komornego. Najdroższe były mieszkania najlepiej doświetlone położone na pierwszym względnie drugim piętrze. Pokoje zaś na ostatnich piętrach, pomimo dobrego doświetlenia, były cenione najmniej. Decydowała o tym niewygoda w pokonywaniu schodów (do czasu rozpowszechnienia się wind od XX w.), trudności z ogrzaniem mieszkania zimą i zaduch panujący w nich latem. Światło dzienne i dostęp do niego stał się wielką wartością i czymś nieoczywistym w coraz bardziej zagęszczających się metropoliach w II poł. XIX wieku. Z symbolu boskiego, transcendentnego medium światło stało się towarem na sprzedaż.
Artykuły powiązane
- Norkowska, Aleksandra – Słuchanie w mieście
- Łupienko, Aleksander – Oświetlenie ulic miast polskich w XVIII–XIX w.
- Kożuchowski, Adam – Miasto: ewolucja krajobrazu – XIX w.
- Norkowska, Aleksandra – Wąchanie w mieście
- Łupienko, Aleksander – Oświetlenie sztuczne w domu polskim