Bikiniarz. Estetyka komunizmu i antykomunizmu (lata 50. XX wieku)

W warunkach braku wolności politycznej ubiór, czy jego elementy są jednym z przejawów wyrażania oporu albo manifestacji niezależności poglądów. Guziki z wizerunkiem Kościuszki na mundurze studenckim w okresie Królestwa Kongresowego (1815-1830), czarna sukienka po powstaniu styczniowym (1864 r.), wyglansowane wysokie oficerki w latach okupacji niemieckiej, opornik w klapie marynarki w stanie wojennym (1981 r.) – to w gruncie rzeczy podobne przejawy kontestacji politycznej w różnych warunkach i historycznym kontekście.

Symbolem kontestacji stalinizmu w Polsce była postać bikiniarza; młodzieńca niepodatnego na stylistykę komunistyczną, manifestacyjnie przywiązanego do zachodniej mody. Termin „bikiniarz” pochodził od charakterystycznego wzoru na krawacie przedstawiającego wybuch bomby atomowej na atolu w Bikini w 1946 r. Wąskie, krótkie spodnie, wysoki kołnierz u koszuli, jaskrawe skarpetki, krawat z fantazyjnym wzorem, włosy pociągnięte brylantyną oraz buty na grubej podeszwie – były atrybutami, zwalczanego przez komunistyczne władze, wyglądu. Moda w latach 50. XX w. w dużym stopniu kształtowała się samoistnie w sprzeciwie do lansowanych wzorców: silnych traktorzystek, muskularnych murarzy w rozchełstanych koszulach, czy zmagających się z przeciwnościami losu pracowników PGR-u.

Za promotora stylu bikiniarza we wczesnych latach 50. można uznać Leopolda Tyrmanda, pisarza, wielbiciela muzyki jazzowej, konesera kobiecej urody, antykomunisty i człowieka mody. Jego dzienniki są świadectwem odrzucenia komunizmu na wszystkich płaszczyznach: jako bieżącej polityki, ideologii, oraz fałszywego z gruntu rozpoznania natury ludzkiej. W totalitarnym państwie rządzonym przez policję polityczną, oplecionym siecią donosicieli, nie było miejsca ani na opozycję, ani na otwartą krytykę systemu. Tylko prywatność była wówczas sferą nie opanowaną przez system, prywatność symbolizowana przez opłatek wigilijny, zdjęcia z pożółkłego albumu, rodzinne opowieści o wojnie i kupione na pchlim targu ciuchy. Do tej prywatności, jako terenu reglamentowanej autonomii, odwołał się Tyrmand. Stylizacja na dystyngowanego Anglika w jaskrawych skarpetkach, była świadoma. Agnieszka Osiecka pisała:

Agnieszka Osiecka : Szpetni czterdziestoletni: 36-37

Tyrmand stroił się. Stroił się i opisywał swoje stroje z uporem, mógłby ktoś powiedzieć – godnym większej sprawy. O to jednak chodzi, że strojenie się Tyrmanda było samo w sobie wielką sprawą. Cały świat mógł sobie nosić skarpetki, jakie chciał, ale czerwone czy pasiaste skarpetki Tyrmanda nie były po prostu skarpetkami. Były wyzwaniem i apelem, były niejako kartą praw człowieka i obywatela, były demonstracją. Skarpetki te upominały się o prawo człowieka do odmienności, do inności, do wygłupu nawet […] Stroił się przeciwko powszechnemu umundurowaniu, stroił się, co tu dużo gadać, ryzykując. Oprzecie my wszyscy wyglądaliśmy wtedy jak maotsetunżki. A jeśli kto wyglądał inaczej, to mu wytyczano sprawę o bikiniarstwo.

Aktorka Alina Janowska zapamiętała Tyrmanda jako „słynnego dżolera, w koszuli w krateczkę z przypinanym guziczkami kołnierzykiem i zawsze w bardzo dobrze wyczyszczonych butach” (Urbanek 2007: 230). Józefa Henelowa wspominała, że: „Tyrmand robił wrażenia człowieka z innej planety. Interesował się sportem, modą, jazzem. Jakby ta ponura aura, w której wtedy żyliśmy w ogóle go nie dotykała” (Urbanek 2007:79). Kern zapamiętał jego emploi: „czarne oczy, czarne włosy, a na nich brylantyna. Dziewczyny atakował ostro jak gladiator […] mimo to na tym szarym stalinowsko-bolszewickim tle był jak paw” (Urbanek 2007: 103-104). Jan Józef Szczepański powiedział o Tyrmadzie, że łączył z wdziękiem obyczajową awangardę z politycznym konserwatyzmem” (Urbanek 2007: 91). Tyrmand lubił knajackie elementy ubioru poddane starannej stylizacji. Nosił kraciastą czapkę – cyklistówkę, która przywodziła na myśl legendarnego złodzieja Urke Nachalnika (Urbanek 2007: 91). Wypromował swój własny specyficzny styl, pedantycznego urzędnika bankowego z Glasgow, przełamany jakimś z pozoru niepasującym detalem ubioru: nakryciem głowy, skarpetkami w geometryczne wzory, dziwacznym krawatem. Ten drobny „niepasujący” szczegół spełniał skuteczną rolę – przykuwał uwagę.

Tyrmand strojąc się, uprawiał mały sabotaż systemu. Uważał, że szarość otoczenia, architektury, ludzi była zjawiskiem przypisanym do komunizmu. W swoim Dzienniku 1954 notował:

Leopold Tyrmand : Dziennik 1954: 130-131

Rodzaj urzędowej brzydoty wyniesiony do godności moralnej normy – oto wzór i ideał powszechnego pożytku. Nikt tego otwarcie nie mówi, nie propaguje , ale wszyscy wiemy, ale wszyscy wiemy, że oni widzieliby nas najchętniej w stalinowskich kurtkach, albo kombinezonach, i to wszystkich bez wyjątku, wiośniane dziewczęta i zgryźliwych starców […]. Nienawiść do oryginalności, wesołości, jasności, indywidualizmu, ekscentryczności jest w komunizmie ograniczana, albowiem każda etyka egalitarna to dobro dostrzeżone w przeciętności i pospolitości; nie sposób sprowadzać do wspólnego mianownika wyjątkowości i odrębności, to paradoks tylko jednakowo smutny i brzydki tłum jest równością. W prasie polskiej nie wolno pokazać ładnej dziewczęcej twarzy na okładkach pism ilustrowanych: nikt nie mówi wyraźnie dlaczego, ale tak już jest. […] Ale Polacy nawet najgłupsi, jakby rozumieli, że styl ubierania się jest w każdej epoce funkcją sztuk pięknych i dziś tez nie może być inaczej. Wobec tego ubieranie się, stało się jakoś aktem oporu.

Bikiniarstwo było zwalczane przez komunistyczna propagandę jako efekt społecznej degeneracji lub świadomych działań „amerykańskiej agentury”. Bikiniarze w dziwacznych krawatach i przykrótkich spodniach wymykali się porządkowi, utożsamiani byli z wyrzutkami społeczeństwa, bumelantami bez stałego dochodu, czerpiącymi zyski z „szemranych” interesów. Walka przeciw bikiniarstwu była również odpryskiem batalii o upaństwowienie handlu i wizję nowego, socjalistycznego człowieka. Wygląd bikiniarza, ów „nachalny” kolor krawata, skarpetek, marynarki, dziwny krój spodni, obnażał jego nieprzystosowanie społeczne i brak dyscypliny wewnętrznej.

„Półbuty na pięciocentymetrowej słoninie i skarpetki sing-sing to dalsze atrybuty męskiej elegancji […] Bikiniarz, dżoler, chuligan, nazwy różne, ale zjawisko to samo. Bikiniarzy nie należy lekceważyć. Trzeba ich otoczyć powszechną pogardą i pędzić precz” – zachęcał głos spikera w Polskiej Kronice Filmowej.

Bikiniarzowi przeciwstawiano postać ideowego działacza młodzieżowego z ujednoliconym w kroju i kolorze zetempowskim krawatem lub surowego w wyglądzie proletariackiego działacza. Jeden z bohaterów Obywateli Kazimierza Brandysa, sekretarz partyjny na wielkiej budowie stanowi przykład proletariackiego emploi: nosi wytarte palto, obstrzępione, przydeptane piętami spodnie, garbi się i przyczesuje dłonią „żółtawe opadające strąkami za ucho” włosy (Brandys 1955: 171). W latach 50. na ulicach miast dobrze widziane były także bure fufajki, watowane bezkształtne spodnie, czapki-uszanki (Brzostek 2007: 264).

Bikiniarz na tym tle był rozsadnikiem wszelkiego społecznego zła. Do katalogu przewin bikiniarza należało zaliczyć słuchanie zachodniej, nie mniej niż on sam zdegenerowanej, muzyki jazzowej; ekspresyjnej, o nierównym tempie brzmienia, z nieprzewidywalną kakofonią dźwięków, importowanej z prosto Ameryki, siedliska „wrogów” ludowego ustroju. Jazz, westerny, logo CocaColi lub zielonego dolara na bawełnianych koszulkach – były symbolami konsumpcyjnej, zepsutej, amerykańskiej kultury, której przeciwstawiano zdrowe, proletariackie wartości krajów socjalistycznych. W połowie lat 50. do Polski razem z filozofią egzystencjalną zaczęły przenikać wzorce francuskie i włoskie, a z nimi: rogowe okulary i czarne obcisłe swetry.

Z zachodnim stylem ubioru próbowano walczyć w rozmaity sposób. Nie wystarczały kroniki filmowe, artykuły prasowe i potępiające felietony w radio. W lokalach i w trakcie publicznych zabaw aktyw młodzieżowy wypraszał niewłaściwie ubranych młodzieńców. Na wyjątkowo opornych nakładano sankcje łącznie w relegowaniem z uczelni wyższych. Na darmo, po Październiku 1956 r. zaprzestano dotychczasowej polityki karania. Bitwę o handel wygrano, prywatne przedsiębiorstwa upaństwowiono, w dziedzinie „ciuchów” – system zaakceptował własną bezradność. W 1960 r. na ekrany kin wszedł film Andrzeja Wajdy Niewinni czarodzieje z Krystyna Stypułkowską i Andrzejem Łomnickim w rolach głównych (Kurz 2005: 77-79). Główni bohaterowie obracają się w świecie muzyki jazzowej, sportu, modnych lokali, są wykształceni, eleganccy, marzą o wyjazdach zagranicznych do Włoch, Francji i „skoku za ocean”. Na planie filmu widzimy pełną gamę atrybutów nowoczesności: skuter, sport, jazz, adapter, modne wdzianka i fryzury.

Główna bohaterka mówi do swojego rozmówcy – lekarza sportowego i perkusisty:

Andrzej Wajda : Niewinni czarodzieje: [brak strony]

– Uważam Bazyli, że jesteśmy pokoleniem zupełnie wyjątkowym.
– Nic mnie to nie obchodzi.
– A co ciebie obchodzi?
– Wygodne buty, dobre papierosy, dobre skarpetki […]
– A nie lubisz…
– Kaca i przymusu.

Film był przebojem kinowym. Obejrzało go miliony widzów. W znakomitym stylu pieczętował estetyczną klęskę stworzenia: „socjalistycznego człowieka”. Bo zwykle jest tak, że człowiek z Zachodu i ze Wschodu Europy jakoś nie może polubić przymusu.

Źródła

  • Brzostek Błażej, „Za progiem. Codzienność w przestrzeni publicznej Warszawy lat 1955-1970”, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2007.
  • Kurz Iwona, „Twarze w tłumie. Wizerunki bohaterów wyobraźni zbiorowej w kulturze polskiej lat 1955-1969”, Świat Literacki, Warszawa 2005.
  • Osiecka Agnieszka, „Szpetni czterdziestoletni”, Wydawnictwo Iskry , Warszawa 1987.
  • Tyrmand Leopold, „Dziennik 1954” (1980), Officyna Liberałów, Warszawa 1988.
  • Urbanek Mariusz, „Zły Tyrmand”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2007.
  • „Niewinni Czarodzieje”, film fab., reż Andrzej Wajda, scenariusz Jerzy Andrzejewski, Jerzy Skolimowski, Studio Filmowe Kadr , 1960.

Artykuły powiązane