Prus – smak

Na mapie polskiego pozytywizmu to właśnie Bolesław Prus zajmuje absolutnie wyjątkowe miejsce, jeśli idzie o powiązanie przedstawień zmysłu smaku z postulatami dietetyki oraz higieny i racjonalności odżywiania. Szczególnie tam, gdzie pisarz mógł przemawiać bezpośrednio własnym głosem – a więc w kronikach i felietonach – po wielokroć dawał do zrozumienia, że sprawy te leżą mu na sercu. Ewidentnie też widać, że wierność higienistycznym ideałom nie była u Prusa prostą odpowiedzią na ówczesną popularność tej tematyki i brała się z dogłębnej i stale poszerzanej wiedzy oraz przeświadczenia, że zmiany wprowadzane w obszarach higieny i żywienia są absolutną koniecznością. Pisarz-publicysta uzasadnia tę konieczność uważnie śledzonymi statystykami: jak choćby średniej długości życia w różnych krajach Europy czy wartości odżywczej pokarmów spożywanych przez polskichchłopów i mieszczan. W obu zresztą kwestiach wypowiada się bezpardonowo i bez ogródek, wspominając o „nadmiernej śmiertelności naszego narodu” ( (Prus 1973b: 268)), składającego się w głównej części z ludzi młodych i pozbawionych doświadczenia, albo o tym, że „żywność chłopska jest w wysokim stopniu jałowa” ( (Prus 1973a: 137)).

Nieskrywanym marzeniem Prusa jest uracjonalnienie szeroko pojętych zabiegów higienicznych, uczynienie ich przejrzystymi i policzalnymi (tak jak dziś liczy się kalorie), a także odesłanie do lamusa medycyny ludowej i wiary w znachorów. Nowelistyczna scena z Rozalką, która trafia do pieca „na trzy Zdrowaśki”, jest hiperbolicznym wyrazem tej niechęci. Pragnienie racjonalności żywienia znakomicie uwidacznia się w jednej z licznych relacji Prusa z pobytu w uzdrowisku w Nałęczowie ( (Prus 1973c)). Chociaż oczywiście pielgrzymki „do wód”, do sanatoriów, do zakładów hydropatycznych odbywały się już na dziesięciolecia przed autorem Lalki, to można powiedzieć, że pisarz przedstawia właściwe narodziny kurortu. W jego sprawozdaniu najbardziej bowiem uderza racjonalność i metodyczność tej instytucji: dzień ujęty w harmonogram, stałe pory posiłków, pokarmy, które obliczone są tak, by zaspokoić wszystkie potrzeby ciała.

Higiena i dietetyka, tworzące często u Prusa koniunkcję, w różnoraki sposób uobecniają się rzecz jasna również w jego tekstach literackich. Nierzadko spotykamy tam nowoczesne i u innych autorów rzadkie bądź w ogóle nieobecne idee dietetyczne. Warto tu wymienić przekonanie, pojawiające się również u Sienkiewicza, że to, co zdrowe, nie musi wcale być szczególnie smaczne ( (Prus 1984b: 165-166)), przy czym u obu autorów ta higienistyczna diagnoza dotyczy głównie uzasadnienia stosowania lekarstw. Drugie i znacznie ciekawsze novum dietetyczne to pytanie o pochodzenie produktów żywnościowych bądź sposób ich wykonania:

Bolesław Prus : Pałac i rudera: 316

– No, wódka jak wódka, zwyczajna sobie gnojówka, i bast!… Ale kiełbasa ci od stu piorunów…
– Lakieros! – objaśnił Radziszek.
– Czy to prawda, panie – spytał Grzybowicz Wawrzyńca – że inne kiełbasy to robią ze świń trupami wypasionych? […]
– Pyta się, a nie wie, że już ze trzy razy kosztował swojej matki nieboszczki – odpowiedział Radziszek.

Jak widać, nie jest to – nawet jeśli rozmowa prowadzona jest w klimacie pijackiej krotochwili i groteski – ciekawość już tylko czysto kucharska, wyrażająca pragnienie poznania receptury przysmaku, ale wyraz świadomości, że jedzenie może być skażone, że proces przygotowania może je czynić obrzydliwym i wstrętnym, że wreszcie może doprowadzić do choroby.

Pojęcia i zalecenia dietetyczne Prus bez wątpienia traktował jako rodzaj uniwersalnej wiedzy i stąd może wzięło się nałożenie ich na świadomość mieszkańców starożytnego Egiptu – tym bardziej, że Faraon pomyślany był jako swoista ponadczasowa metafora. Warto zwrócić uwagę, że nie jest to jedyny przypadek sytuacji, w której kategorie własnej epoki uznawane są za dobro powszechne – w tym dobro wszystkich czasów; podobny zabieg stosuje Eliza Orzeszkowa w Nad Niemnem, gdy do mitycznej opowieści o Janie i Cecylii wplata elementy dyskursu zapachowego skonstruowanego w XVIII i XIX wieku:

Bolesław Prus : Faraon: 109-110

Potem przypomniał sobie książę słowa żony chłopa, że już miesiąc nie jedzą zboża, tylko ziarna i korzonki lotosu. Ziarno jego jest jak mak; korzenie – takie sobie. On nie jadłby tego nawet przez trzy dni z rzędu. Wreszcie kapłani, zajmujący się leczeniem, radzą zmieniać pokarm. Jeszcze w szkole mówiono mu, że trzeba jadać mięso obok ryb, daktyle obok pszenicy, figi obok jęczmienia. Ale przez cały miesiąc żywić się ziarnami lotosu!…

Prus propaguje ideę racjonalnego odżywiania również w inny sposób: przy użyciu satyry społecznej. Tak jest chociażby w Placówce, gdzie chłopi rozmawiają o dworskiej oranżerii i rosnących tam pomarańczach. Ślimak, który porównuje ich smak do jabłek, przekonuje, że są wstrętne: „Iii… Skosztowałem ci ja jedno takie. Małe jak kartofel, zielone, a paskudne – żeby pies wypluł…” ( (Prus 1984b: 45)). Mamy tu do czynienia z humorystycznie zobrazowaną koncepcją poszerzania jadłospisu, która trafia na barierę nieuświadomionych pod względem żywieniowym chłopów. Nie chodzi tylko o to, żeby śmiać się z ograniczoności czy niewiedzy Ślimaka, z faktu, że wziął niedojrzałe owoce za dojrzałe. Jeśli już zwraca się uwagę na ograniczoność – to chłopskiej diety; jeśli niedojrzałość – to żywieniową niedojrzałość chłopów. Uświadomiony czytelnik wie bowiem dobrze, że te dojrzewające pomarańcze są również obietnicą smaku i wartości odżywczych; sama obecność oranżerii wskazuje tym samym na potrzebę dostarczania urozmaiconego pokarmu, a więc poszerzania standardowego menu. I rzeczywiście, tak w felietonach, jak i beletrystyce Prusa pojawiają się dość liczniewyszukane potrawy, które – trzeba to od razu dodać – niekiedy pełnią inne jeszcze funkcje, a mianowicie: 1) są sygnałem bądź przynajmniej postulatem kulturowego otwarcia na rzeczy i zjawiska pochodzące z zewnątrz; 2) są środkiem osiągnięcia efektu realności, tzn. uwiarygodniają salon w oczach czytelnika 3) wskazują na gnuśność salonu, z której w sprzyjających okolicznościach można zakpić – tak, jak to zrobił Wokulski, gdy podanego u Łęckich sandacza „zaatakował nożem i widelcem” ( (Prus 1968b: 21)).

Poszerzeniu jadłospisu towarzyszy uwypuklenie roli smakoszów i koneserów, nawet jeżeli niekiedy zostają przedstawieni w krzywym zwierciadle:

Bolesław Prus : Lalka: t. 3: 107

– Coś zachwycającego, coś oryginalnego!… powiadam pani – mówił. – Kolacja, rozumie się, jak zwykle: ostrygi, homary, ryby, zwierzyna, ale na zakończenie, dla amatorów, wie pani co?… Kasza!… Prawdziwa kasza… jakaż to?…
– Tatarska – wtrącił pierwszy i ostatni raz pan Rydzewski.
– Nie tatarska, ale tatarczana. Coś cudownego, coś bajecznego!… Każde ziarnko wygląda tak, jakby oddzielnie gotowane… Formalnie zajadamy się nią: ja, książę Kiełbik, hrabia Śledziński… Coś przechodzącego wszelkie pojęcie… Podaje się zwyczajnie, na srebrnych półmiskach.

Nawet w Faraonie niejednokrotnie podejmuje się temat doskonałości potraw i win, wspomina, że są „wyborne” i „smakowite” albo że są „frykasami”. Samo pojawienie się figury kulinarnego konesera może być interpretowane co najmniej dwojako. Po pierwsze, tak jak z reguły u Elizy Orzeszkowej, bywa on uosobieniem dekadenckiej estetyzacji życia. Po drugie, jako ktoś, kto stanowi odwrotną stronę uczuć odrazy i abominacji, jest ogniwem łączącym zmysł smaku z dyskursami higienistycznymi. Wydaje się, że u Prusa właśnie ta druga funkcja ujawnia się najczęściej, co dość dobitnie widać w tym cytacie z Dzieci:

Bolesław Prus : Dzieci: 167

Jeden palił fajkę bardzo dobrego tytoniu, drugi na węglach ustawiał duży imbryk, trzeci – odgrzewał mięso cuchnące dymem i łojem. Świrski pomyślał, że tego przysmaku nigdy nie wziąłby do ust…

Społeczne aspekty Prusowskich przedstawień smaku pojawiają się bodaj najczęściej tam, gdzie pisarz zaczyna zwracać uwagę na ceny artykułów spożywczych i dań. Nie jest jednak pod tym względem wyjątkiem. Ustawiczne podkreślanie kosztów poniesionych w związku z posiłkiem bądź nakładu pracy koniecznego do jego przygotowania, ma istotny związek z tak chętnie poruszaną w drugiej połowie XIX wieku problematyką rozwarstwienia klasowego i ekonomicznego. W prostej linii przekłada się to oczywiście na smak. Potrawa opatrzona ceną, naznaczona stygmatem liczby, zostaje zazwyczaj sprowadzona w literaturze pozytywizmu do fizjologicznej konieczności, a więc właściwie rzecz ujmując smak traci. Jeśli z kolei jest to rarytas, za który zapłacono tylko dla jego wyjątkowości czy nawet elitarności, to nierzadko dodatkowym „zyskiem” smakowym jest poczucie winy. Paradygmatyczny przykład tej sytuacji znajdujemy w Emancypantkach, kiedy Madzia Brzeska nie chce, by jej smarowano bułkę masłem. Woli skłamać, że nie jada z masłem – po to tylko, by „jak najmniej narażać na koszta swoje protektorki” ( (Prus 1976b: 11)). Być może jeszcze dobitniej ukazuje to – w sposób znaczący anachroniczna – postawa Ramzesa XIII, który żądając prostych potraw, nie może wszak „opędzić się myśli, że kuchnia dworska musi pochłaniać nadzwyczajne sumy” ( (Prus 1965: 546)). W tej jednej przynajmniej chwili faraon jest do szpiku kości pozytywistą.

Źródła

Artykuły powiązane