Podejmując temat higieny ludowej, warto zdać sobie sprawę, że mamy do czynienia z bardzo niejednorodnym, szerokim i uruchamiającym wiele kontekstów zagadnieniem. Jak bowiem konstatuje Piotr Kowalski, „Wykorzystanie wody do celów konsumpcyjnych, spożywanie i mycie się nie jest wcale czymś oczywistym: zalecenia higieniczne są wykładnikiem ogólniejszych koncepcji świata, jego organizacji, miejsca zajmowanego przez człowieka, wyobrażeń na temat ciała itd.” (Kowalski 2002: 116). Wychodząc z podobnych założeń, należałoby rozpatrywać nie tylko kwestie związane z kąpielą, ale również defekacją, stanem choroby, warunkami życia , wrażliwością na określone smaki, zapachy etc. „Czystość” jest pojęciem względnym, nieostrym i – jak pouczają dzieje kultury – podlegającym nieustannemu redefiniowaniu (zob. Douglas 2007: 51-81). O tym, co nazywamy brudnym, niezdrowym, nieprzyjemnym dla wzroku czy powonienia, wreszcie wstydliwym lub budzącym odrazę, w dużej mierze decyduje reprezentowany przez nas światopogląd, system wierzeń i zasad panujący w zbiorowości, z którą się identyfikujemy. Dlatego też poniższe rozważania siłą rzeczy będą przeprowadzane ze współczesnej perspektywy, wykazującej sporą rozbieżność w stosunku do norm, obyczajów i stanu wiedzy charakterystycznych dla chłopskich społeczności tradycyjnych.
Wbrew powszechnym stereotypom dotyczącym czasów średniowiecza, była to epoka, w której higiena ludu polskiego – w porównaniu z chociażby wiekiem XIX – stała w pewnym zakresie na nieco wyższym poziomie. Wynikało to między innymi z faktu, że chłopi wcale nie stronili od częstych ablucji, przeciwnie – kąpiel była czynnością usankcjonowaną obyczajowo, towarzysko, a przy okazji motywowaną względami zdrowotno-higienicznymi:
Zbigniew Kuchowicz : Leki i gusła dawnej wsi. Stan zdrowotny polskiej wsi pańszczyźnianej w XVII – XVIII: 43
Bohdan Baranowski zaznacza jednak, iż popularne łaźnie już w XVI-XVII wieku poczęto zamykać, co najprawdopodobniej było spowodowane rozprzestrzenianiem się chorób wenerycznych oraz względami religijnymi: „Nagość uchodziła przecież za coś grzesznego
i nieprzyzwoitego, człowiek powinien wstydzić się przecież własnego ciała, już samo więc korzystanie z łaźni uchodzić musiało za coś niemoralnego” (Baranowski 1971: 210). Podobnież zaczęto – pod różnymi pozorami – zakazywać swobodnych kąpieli w rzekach, służących przeważnie ochłodzie i miłej zabawie. Znamiennym pozostaje fakt, że w wieku XIX czynność ta prawie zawsze inicjowana była już tylko z czysto duchowych, ewentualnie zdrowotnych pobudek i obwarowana rozmaitymi zakazami i nakazami.
Ciało – zgodnie z ówczesnymi naukami Kościoła – było siedliskiem grzechu, zatem przesadna dbałość o swą ziemską powłokę, a już tym bardziej stwarzanie sposobności do rozbudzania występnych chuci poprzez eksponowanie się w negliżu zasługiwało na potępienie. Najprawdopodobniej niemałą rolę w zaniechaniu tych częstych (i bądź co bądź niemal publicznych) ablucji odegrały jak najbardziej racjonalne przesłanki: wiejska młodzież, kąpiąca się pospołu w rzece, pozostawała bez nadzoru dorosłych, co w efekcie mogło skutkować utonięciem, ale i kontaktami wiodącymi do niechcianej ciąży czy choroby (nie tylko wenerycznej, w grę wchodziło chociażby „zwykłe” przeziębienie). Tym samym ograniczono regularne kąpiele, rezerwując je dla noworodków, co w krótkim czasie przyczyniło się do wzrostu liczby chorób i związanych z nimi powikłań. Wydaje się, że zmiany w tym zakresie nastąpiły dopiero w latach 30. XX wieku, pod wpływem działalności instytucji higienicznych, ale nie wiadomo, czy można wiązać z tym faktem wspomnianą przez Stanisława Ciszewskiego popularność kąpieli wśród wiejskiej młodzieży, a także odnotowany przez etnografa rytuał niedzielnego mycia niektórych części ciała (Ciszewski 1930: 75-77).
Większość zaniedbań dotyczących utrzymywania ciała we względnej czystości była bezpośrednio skorelowana z panującą na wsi biedą i fatalnymi warunkami socjalnymi. I tak:
Bohdan Baranowski : Kultura ludowa XVII i XVIII w. na ziemiach Polski Środkowej: 132
Można popuszczać, na podstawie zachowanych relacji, że ciasnota i zaduch w chałupie nie przeszkadzały jednak jej mieszkańcom. Jak pisał w II połowie XIX wieku Kosiba,
Wawrzyniec Kosiba : Charakterystyka ludu wiejskiego powiatów gorlickiego i grybowskiego: 32
Również samo wyposażenie chałup pozostawiało wiele do życzenia: „jedzono z jednej misy drewnianymi łyżkami” (Kuchowicz 1954: 52), „Zdarzało się też, że jedna pierzyna służyła całej rodzinie, w wypadku więc choroby skórnej zarażona osoba mogła łatwo zarazić innych” (Kuchowicz 1954: 49). Jeżeli nawet w części domostw znajdowała się pościel, zazwyczaj pełniła funkcję ozdobną (Baranowski 1971: 164), była symbolem wysokiego statusu gospodarza, prestiżu. Dlatego też eksponowano haftowane poduszki, a pierzyny dziedziczono z pokolenia na pokolenie, zapisywano w testamentach i pilnie strzeżono przed łasymi na ten deficytowy towar złodziejami (Kuchowicz 1954: 49). Bywało, że „sypiano na barłogu przykrytym brudną i zniszczoną płachtą z konopnego płótna, okrywano się starym kożuchem. Prawie nigdy na noc nie wkładano innej bielizny” (Baranowski 1971: 164). Brak ubrań skutkował nie tylko niemożnością dobrania odpowiedniego stroju na noc, bowiem na przykład dzieci „mniej więcej do 7 lat, a niekiedy nawet i dłużej, chodziły tylko w koszulach przepasanych krajką lub sznurkiem. Zimą wybiegając z chałupy okrywały się jakąś płachtą, a na nogi wkładały co najwyżej trepy z drewnianymi spodami” (Baranowski 1971: 158). Również dorośli posiadali niewiele sztuk odzieży, co utrudniało częstą zmianę ubioru i tym samym prowadziło do rozwoju bakterii. Buty często zakładano jedynie w niedzielę i to „dopiero przed samym wejściem do kościoła” (Baranowski 1971: 160).
Chłopi rzadko mieli bezpośredni dostęp do czystej, bieżącej wody, jej podgrzewanie również nastręczało trudności, a co za tym idzie: „Bielizny ani odzieży płóciennej nie prano zbyt często, ubrania zaś i suknie sukienne nie były prane prawie nigdy” (Baranowski 1971: 164). Niejednokrotnie jedynym zbiornikiem wody, z jakiego korzystano, był naturalny akwen – rzeka, staw, strumyk, w którym dokonywano okresowego prania bielizny (zwykle przy pomocy kijanki, czyli specjalnej drewnianej deseczki do uderzania sztuki bielizny w celu mechanicznego usunięcia brudu; środkiem piorącym bywał zwykle ług bądź popiół (Ciszewski 1930: 81-86)), ewentualnie zażywano sporadycznych kąpieli. Oczywistą tego konsekwencją był fakt, iż „Szczególnie w miesiącach zimowych rzadko decydowano się na bardziej dokładne mycie” (Baranowski 1971: 164). Jak podaje Zbigniew Kuchowicz:
Zbigniew Kuchowicz : Leki i gusła ludu polskiego: 48
Usunięcie z ciała potu oraz wszelkich innych zanieczyszczeń utrudniał także brak odpowiednich kosmetyków. „Na wsi przeważnie znano tylko tzw. mydło czarne, które używane było głównie jako lek – na przykład nacierano się nim przy świerzbie” (Baranowski 1971: 212), co dowodzi, że stosowano je jako środek leczniczy, nie zaś element „codziennej profilaktyki”. Warto na marginesie zwrócić uwagę, że niechęć do regularnych kąpieli w rzece nie kolidowała ze spożywaniem czerpanej z niej wody, która oczywiście „z punktu widzenia współczesnej higieny nie nadawała się do picia” (Baranowski 1971: 129-130).
Naturalną konsekwencją opisanego wyżej stanu rzeczy było rozplenianie się w chłopskich chałupach pcheł i pluskiew. Repertuar sposobów, którymi starano się pozbyć robactwa, był dość ograniczony: „Pluskwy zalewano gorącą wodą, pchły i wszy wyłapywano lub też suszono zawszone siermięgi w… piecach od chleba!” (Kuchowicz 1954: 51). Walka z insektami, zazwyczaj uciążliwa i mało skuteczna, przybierała czasem bardziej zróżnicowane formy: „Stosowano więc różne wywary z ziół, przeciw wszom smarowało się rtęcią zmieszaną z masłem lub pieczonym jabłkiem itp. Istniały wreszcie różnego rodzaju »zamówienia«, przy pomocy których wierzono, że można pozbyć się wszy, pcheł lub pluskiew” (Baranowski 1971: 212). Niekiedy, jak podaje Ciszewski, u górali polskich praktykowano „smarowanie koszul masłem, celem zabezpieczenia się przed robactwem” (Ciszewski 1930: 65).
Czynności zapobiegające gnieżdżeniu się robactwa, w tym aplikowanie sobie określonych produktów spożywczych wprost na skórę głowy, zatykało pory, przetłuszczało włosy i sprzyjało rozwijaniu się bakterii. Podobnie rzecz się miała z różnego rodzaju produktami organicznymi, które – miast faktycznie odpędzać uciążliwe owady – stanowiły zagrożenie dla człowieka, tak na przykład tępiono muchy „muchomorami moczonymi w mleku” (Kuchowicz 1954: 52). Względnie pożytecznymi, a przynajmniej najmniej szkodliwymi, praktykami były wszelkie zabiegi (skrapianie, picie, okadzanie, smarowanie) z udziałem ziół. Wkładano je także między odzież, by zabezpieczyć ją przed molami (Baranowski 1971: 136), ale i zapewne nieco odświeżyć.
Co ciekawe, względnie tolerowano obecność wszy, które lęgły się na głowie niemal każdego przedstawiciela ludu, bez względu na płeć i wiek. „Iskanie, czyli wyszukiwanie i zabijanie wszy, należało do czynności, które wykonywane były nieraz nawet publicznie, na przykład na przyzbie chałupy. Iskanie w głowie ukochanej osoby uważane było za pewnego rodzaju dowód miłosnej pieszczoty” (Baranowski 1971: 165). Świadectwem powszechności wspomnianych pasożytów mogą być liczne zagadki na ich temat, krążące wśród ludu, a pośrednio wskazujące na podejmowanie działań higienicznych służących eliminacji problemu, np. „Martwy smyczy żywego/z lasa bardzo gęstego” (odp. „Grzebień, ciągnący wesz z głowy”; Folfasiński 1975: 108) bądź „Kto dba, to nie ma, a kto nie dba, to ma” (odp. Wszy; Folfasiński 1975: 404, przyp. 1040).
Jeżeli już mowa o głowie, warto kilka słów poświęcić chłopskim uczesaniom: „niechlujne codzienne fryzury dzieci i osób dorosłych, znane z obszarów Polski dzięki przedstawieniom w opisach oraz ikonografii, sugerują, że włosy stanowiły element sylwetki, do którego nie przywiązywano większej wagi” (Targońska 1998: 158). Wyjątek stanowiły starannie uczesane w długie warkocze panny na wydaniu: „Określenie z Ukrainy: vołosom svititi – włosem świecić, oznacza być panną” (Paluch 1995: 118). Mężatki skromnie chowały włosy pod chustką – dbałość o fryzurę świadczyłaby bowiem o ich próżności, a nawet złym prowadzeniu się. Tym samym istniały niejako dwa porządki: odsłonięta głowa prezentująca zadbane sploty charakteryzowała dziewczynę, włosy w nieładzie, ale przykryte materiałem, wyróżniały babę. Wszystko, co było pomiędzy, automatycznie uznawano za przynależące do świata demonicznego: „Czarownice przedstawiano zazwyczaj z długimi, czarnymi, rozczochranymi i poplątanymi włosami” (Paluch 1995: 121).
Włosy stanowiły siedlisko brudu i bakterii, co znacznie osłabiało odporność chłopstwa, generowało i wzmagało różnego rodzaju dolegliwości, a wreszcie nadawało fryzurom niezbyt atrakcyjny wygląd i zapewne dość specyficzny zapach.
Anna Targońska : Symbolika włosów i manipulowanie włosami w kulturze ludowej: 159
Niemowlętom, poza myciem noworodka, odmawiano kąpieli aż do pierwszego roku życia, zatem „Ze sklejonych brudem i tłuszczem włosów powstawała tak zwana ciemieniucha. Nie usuwano jej, ponieważ powszechnie wierzono, ze przekroczenie zakazu grozi dziecku niemową, jąkaniem, chorobami lub zgoła »głupotą« (Targońska 1998: 160). Nie myto się i nie czesano na znak żałoby (Targońska 1998: 166), kobietom nie wolno też było czesać się w Boże Narodzenie i Niedzielę Wielkanocną (Targońska 1998: 168), a na niektórych terenach Polski pierwotnie obowiązywał zakaz używania grzebienia w każdy czwartek i piątek (Targońska 1998: 169).
Liczne zakazy związane z myciem i czesaniem włosów, w połączeniu z niskim stanem higieny jako takiej, sprzyjały rozprzestrzenianiu się choroby zwanej kołtunem, którego przyczyn upatrywano w działaniach czarownic. Brak rozeznania w przyczynach choroby doprowadzał do sytuacji, w których sfilcowanego kłębka brudnych włosów pod żadnym pozorem nie wolno było ścinać, a nawet myć czy rozczesywać. „Kołtun powinien pozostawać na miejscu do osiągnięcia dojrzałości, co trwało od kilku miesięcy do dwóch lat” (Targońska 1998: 167).
Jak wykazały powyższe przykłady, niezwykle rzadko dostrzegano nieczystość ciała czy rażące zaniedbania w zakresie dbałości o własne zdrowie i samopoczucie, nie mówiąc już o stosownej pielęgnacji organizmu dotkniętego chorobą. „Lud nasz zupełnie nie zważa na to, co może pomóc, a co zaszkodzić zdrowiu. Aby czystość ciała mogła się przyczynić do jego zdrowia, o tym nawet nie pomyśli. Nie kąpie się prawie nigdy, chyba że w wieku dziecięcym dla przyjemności” – jak pisał w II połowie XIX wieku o mieszkańcach ziemi bieckiej Wawrzyniec Kosiba (Kosiba 1994: 32).
Nieco inaczej rzecz miała się w przypadku osób odchodzących z tego świata. Po rozebraniu, umyciu i wyczesaniu zmarłego, pozbywano się jego ubrań (które najczęściej palono lub rozdawano żebrakom), a grzebień wkładano do trumny (Targońska 1998: 164). Targońska polemizuje w tym względzie z Fisherem, uznającym powyższy zwyczaj za część praktyk mających na celu wyposażenie nieboszczyka w ulubione przedmioty, które mógłby zabrać ze sobą w zaświaty. Jest to co najmniej wątpliwe, biorąc pod uwagę wcześniejsze ustalenia – grzebyk do czesania włosów nie był bynajmniej przedmiotem codziennego użytku, a tym bardziej czymś szczególnie umiłowanym, tak jak na przykład fajka (Targońska 1998: 165). Bardziej prawdopodobną interpretacją wydaje się być przekonanie, iż to, co pozostawało w bezpośrednim kontakcie ze zmarłym lub konającym, jest nieczyste, a nawet realnie niebezpieczne dla pozostałych przy życiu członków rodziny. Zgodnie z zasadami magii sympatycznej, przechowywanie rzeczy, których użyto do przygotowania ciała do pogrzebu, mogło sprawić, iż wkrótce za nieboszczykiem podąży inny członek rodziny. Być może poniekąd intuicyjnie wyczuwano, że martwe ciało – chociażby poprzez swój rozkład, nieprzyjemny zapach czy odpychający wygląd − jest w pewnym sensie „niezdrowe”, a pierwiastki chorobotwórcze mogą pozostawać w najbliższym otoczeniu zwłok oraz osiadać na przedmiotach użytych do pielęgnacji tegoż ciała.
Powróćmy jednak do kwestii związanych z wodą, której – zarówno zgubny, jak i dobroczynny – wpływ na ciało ludzkie doczekał się licznych opracowań. Kluczowym problemem jest tutaj fakt, iż kąpiel była zabiegiem magicznym, a obmywaniu przypisywano głównie znaczenia symboliczne. Dlatego też ten swoisty rytuał towarzyszył zwykle ważnym momentom przejścia: „Kąpiąc się wigilijną porą można było liczyć na oczyszczenie z grzechów, na wyzbycie się wszystkiego, co złe, co na skutek grzesznych czynów przylgnęło do człowieka przez cały kończący się rok” (Kowalski 2002: 119). Prawie każdy kontakt z wodą nosił magiczne, czy wręcz apotropeiczne1Żaba – Choroba gardła, objawiająca się bólem i białym nalotem na języku. znamiona. Doskonałym tego przykładem jest Wielki Tydzień: oblewano się nią w Wielkanocny Poniedziałek (Zadrożyńska 2000: 111-113), pito święconą w Niedzielę Wielkanocną (Tylkowa 1989: 47), kąpiel zaś brano w Wielki Piątek (Tylkowa 1989: 46). Woda bywała także lekiem na różnego rodzaju schorzenia: „I tak w pierwszej fazie leczenie żaby2Harfa eolska – Tak opisał popularną w okresie romantyzmu harfę eolską Krystyn Lach-Szyrma: „Budowa eolskiej harfy jest taka: zbijają dwie deseczki równolegle: w jednej z nich jest jak w skrzypcach wydrążenie dla powiększenia głosu. Naciąga się między nimi ośm lub dziesięć strun baranich jednogłośnych, rzędem, niezbyt odlegle jedna od drugiej. Do grania wystawia się w ciągu wiatru. (…) Jego tony dzikie, po większej części smutne: dla swej jednostajności i powtarzań nie zdawały się być poruszane ręka ludzką. Jakoż istotnie tak było”. (Krystyn Lach-Szyrma 1981: 187-188) polegało na zmywaniu jej wodą rzeczną lub źródlaną, którą jedno z rodziców chorego dziecka (ojciec – w wypadku syna, a matka – córki) przynosiło przed wschodem słońca z pobliskiego źródełka, potoku lub rzeki” (Tylkowa 1989: 66), natomiast „W Obidzy spotykano się z tradycją kąpieli osobnika chorego na gruźlicę, czyli suchoty, w wodzie z dodatkiem ziemi z cmentarza” (Tylkowa 1989: 76).
Dużo częściej jednak ten – z naszego punktu widzenia życiodajny – płyn traktowano jako groźny dla człowieka. Dawniej powszechnie uważano (zresztą nie tylko na wsi), że woda czyni ciało słabym, wlewa się do niego otworami i rozmiękcza narządy wewnętrzne. Może powodować poważne choroby, również psychiczne. „Za źródło wielu niedomogów uważano również wodę. Z wody dostawało się bowiem febry, reumatyzmu (łamania w kościach), zapalenia płuc, chorób przewodu pokarmowego oraz puchliny wodnej. Przez nią można było dostać infekcji skórnych, jak krosty i boloki” (Tylkowa 1989: 21).
Od długich i dokładnych ablucji w naturalnych zbiornikach wodnych odstręczała chłopów wiara w istoty demoniczne zwane topielcami. „Woda w mniemaniu ludzi tamtych czasów była groźnym żywiołem, w którym czyhały złe siły gotowe wciągnąć w odmęty śmiałków zażywających kąpieli” (Baranowski 1971: 211-212).
Bohdan Baranowski : Kultura ludowa XVII i XVIII w. na ziemiach Polski Środkowej: 193
Bywało, że nieroztropne korzystanie z dobrodziejstw pobliskich akwenów mogło zadawać uroki. Baranowski powołuje się tu na proces sądowy kobiety, oskarżonej o „kwasienie piwa” sąsiadowi, którego to występku miała rzekomo dokonać, kąpiąc się w sadzawce (Baranowski 1971: 211).
Kolejnym problemem wartym zasygnalizowania jest stosunek chłopa do moczu, kału oraz samej czynności wydalania. Pozbywanie się z organizmu ubocznych produktów przemiany materii odbywało się zazwyczaj na świeżym powietrzu, w pewnej odległości od chałupy, w możliwie mało uczęszczanym miejscu. Defekacja nie była czymś specjalnie wstydliwym, jednakże wymagała pewnego odosobnienia (wyjątek w tym zakresie stanowiły małe dzieci oraz zwierzęta przebywające w domu). Próby wprowadzenia w latach 20. XX wieku przez ministra sprawa wewnętrznych Felicjana Sławoja Składkowskiego obowiązkowych wychodków w każdym wiejskim gospodarstwie, zwanych na jego cześć „sławojkami”, skończyły się połowicznym sukcesem. Drewniane domki stawiano, ale wykorzystywano je raczej jako komórki, preferując do załatwiania swych fizjologicznych potrzeb naturalne miejsca odosobnienia, nierzadko wykorzystując znajdujące się tam „dobra” natury. „Z etnografii wiemy, że na wsi do podcierania służyła trawa, siano, słoma, liście łopuchy i kapusty itp., a w niektórych domach w końcu XIX w. również gazety” (Libera 1995: 160). W sytuacji, w której na co dzień myto jedynie twarz i ręce, często także na świeżym powietrzu, gdyż nie było stosownego miejsca w domu (zob. Ciszewski 1930: 75-77), wydaje się to niespecjalnie wpływać na ogólny poziom ludowej higieny. Ekskrementy nie budziły wielkiego obrzydzenia wśród chłopów, być może dlatego, że przypisywano im moc odpędzania złego:
Zbigniew Libera : Rzyć, aby żyć: 142
Odstraszanie istot demonicznych kałem, jego smakiem lub zapachem musiało być dość popularną praktyką, na co wskazują liczne przykłady etnograficzne: „tatrzańscy górale mówią, że diabły, czarownice, czarownicy nie cierpią kału człowieka, przy czym czarownice bardziej mężczyzn, czarownicy bardziej kobiet” (Libera 1995: 141), „W Łukowcu na Mazowszu, parobek męczony przez zmorę kładł rzyć tam, gdzie zawsze kładł do snu głowę – zmora wkładała język do odbytu, a nie do ust i odchodziła na zawsze, zła i obrażona” (Libera 1995: 67), „zaleca się podawanie jako leku »czegoś obrzydliwego«, więc także kału, moczu, żeby zbrzydzić chorobę” (Libera 1995: 164), „zabrudzone pieluszki chronią dziecko przed demonami, toteż trzeba było na wszelki wypadek pozostawić jedną w pobliżu noworodka” (Simonides 1988: 39). Warto zdać sobie również sprawę, jak szerokie zastosowanie miały ekskrementy (ludzkie i zwierzęce) w medycynie ludowej:
Bohdan Baranowski : Kultura ludowa XVII i XVIII w. na ziemiach Polski Środkowej: 224
Co ciekawe, pewne elementy organiczne pochodzące od człowieka (choć można by tu dyskutować nad ich statusem ontologicznym względem ludzkiego ciała jako całości) stawały się według ludu nieczyste dopiero wtedy, gdy się odeń odłączały. Tak więc – jeśli w ogóle decydowano się na tego typ zabieg z obawy o utratę zdrowia bądź życia – starannie pozbywano się kołtuna, obcięte włosy palno, podobnie jak paznokcie, zwłaszcza niemowlęce, obgryzione dziecku przez matkę (Simonides 1988: 54-55). Jak stwierdza Libera:
Zbigniew Libera : Paznokcie. Fragment semiotyki antropologii popularnej Europy Środkowo-Wschodniej czasów nowożytnych i współczesnych: 89
Nie wolno obcinać dziecku paznokci i włosów do pierwszego (lub 3., 7., 13.) roku życia, do tego czasu dozwolone jest obgryzanie paznokci (także ciężarna kobieta winna je obgryzać) oraz obcinanie włosów kamieniami (ale nie nożem ani nożyczkami); konsekwencją nieprzestrzegania tych nakazów będzie to, że dziecko stanie się niemową, złodziejem, zachoruje na oczy, „boby siły życiowych ubyło”, „boby umarło”. Praktyki magiczno-rytualne przypisane początkowemu okresowi życia dziecka mają na celu jego uczłowieczenie.
Bardzo ambiwalentnie odnoszono się także do wszelkich wydzielin ciała, które zyskiwały magiczne właściwości w stanie choroby, w konfrontacji z siłami demonicznymi etc. Dlatego też „Dzieci wiedziały, że nie wolno spluwać do rzeki ani załatwiać się do niej, gdyż spluwa się Matce Boskiej w twarz” (Simonides 1988: 77), ale „Występujący często jęczmień leczono splunięciem w oko” (Simonides 1988: 118). Powyższe ustalenia nie odnoszą się wyłącznie do śliny, ponieważ – jak czytamy w Etnologicznym atlasie ciała ludzkiego i chorób – „Włosy i pot spod pach podawano do napoju, jadła jako afrodyzjak. W tym samym celu trzymano przez dziewięć dni pod pachą jabłko, cukier, ser” (Paluch 1995: 76), natomiast „Woskowiny używano także jako środka leczniczego, przede wszystkim w zajadach, ale także w zimnie, w skaleczeniach, liszajach, spękanych wargach” (Paluch 1995: 122). To, co na co dzień uchodzi za nieczyste i plugawe, w wyjątkowych okolicznościach staje się dobre i pożądane.
Należy dodać, iż powszechny był pogląd, jakoby choroby i wszelkie inne nabyte ułomności ciała pochodziły ze złych mocy, uroków, działalności istot demonicznych, wreszcie niekiedy rozpatrywane były w kontekście kary za grzechy. Nie zdawano sobie sprawy, że wielu dolegliwości można łatwo uniknąć przestrzegając podstawowych zasad higieny. Nawet zmienionej chorobowo powierzchni ciała raczej nie oczyszczano, lecz właśnie „obkładano” kolejnymi warstwami medykamentów, np. sadłem czy wspomnianymi ekskrementami. Jako że brzydki zapach – którego najpewniej po prostu sobie nie uświadamiano, przebywając w otoczeniu, gdzie nie myje się przecież nikt – i widoczny brud – samoistnie wycierający się o koszulę, więc przez to mało kłopotliwy – najprawdopodobniej nie były dla chłopa problemem. Za nieprzyjemne mogły uchodzić jedynie zapachy nieznane, np. pochodzące od osób spoza wspólnoty – Żydów czy Cyganów.
Chorobę natomiast zwykło się lokalizować we wnętrzu człowieka i tam właśnie starano się dotrzeć w ludowych praktykach magicznych, stąd na przykład popularne upuszczanie złej krwi. Nawet okres menstruacji „miał na celu jedynie oczyszczenie organizmu ze złej, zepsutej krwi, jaka się w ciągu miesiąca gromadzi” (Tylkowa 1989: 92). Podobnież insekty i pasożyty miały się lęgnąć w ciele i „toczyć człowieka” od środka: „robaki bardzo często nękające dzieci, zalęgają się w ich brzuszkach od nadmiaru słodyczy lub wówczas, gdy dziecko zje robaka w owocu lub wypije w wodzie” (Tylkowa 1989: 82), robaki gnieździły się również w płucach suchotników (Tylkowa 1989: 87). Co więcej, jakiekolwiek zewnętrzne działania profilaktyczne, mogące przeciwdziałać rozwojowi choroby, nie mają większego znaczenia, gdyż – wedle poglądów chłopstwa – rodzi się ona samoistnie: „Istnieje także przekonanie, że każdy człowiek ma glisty – inaczej by nie żył – jednak dopiero nadmiar męczy człowieka i wtedy mówi się, że choruje na nie” (Paluch 1995: 92).
Artykuły powiązane
- Grochowski, Piotr – Sacrum a wzrok
- Czapiga, Małgorzata – Wydzieliny cielesne i ich znaczenie kulturowe
Bibliografia
- 1Żaba – Choroba gardła, objawiająca się bólem i białym nalotem na języku.
- 2Harfa eolska – Tak opisał popularną w okresie romantyzmu harfę eolską Krystyn Lach-Szyrma: „Budowa eolskiej harfy jest taka: zbijają dwie deseczki równolegle: w jednej z nich jest jak w skrzypcach wydrążenie dla powiększenia głosu. Naciąga się między nimi ośm lub dziesięć strun baranich jednogłośnych, rzędem, niezbyt odlegle jedna od drugiej. Do grania wystawia się w ciągu wiatru. (…) Jego tony dzikie, po większej części smutne: dla swej jednostajności i powtarzań nie zdawały się być poruszane ręka ludzką. Jakoż istotnie tak było”. (Krystyn Lach-Szyrma 1981: 187-188)