Ciało w obrzędzie pogrzebowym

Ludowe praktyki z zakresu obrzędowości rodzinnej ( narodzinowej, weselnej, pogrzebowej) wiązały się z doniosłymi momentami ludzkiego życia, w których to dokonywała się zmiana dotychczasowego statusu ontologicznego człowieka. Istotną rolę odgrywały zwłaszcza rytuały funeralne, w centrum których znajdowało się ciało osoby zmarłej, poddanej procesowi wykluczenia ze społeczności. Pogrzebowe praktyki i działania obrzędowe miały umożliwić nieboszczykowi spokojną drogę w zaświaty i zabezpieczyć jego pośmiertną egzystencję, a także ochronić żyjących przed mediacyjnie nacechowanymi zwłokami i potencjalną szkodliwością uleciałej duszy oraz uregulować przyszłe kontakty wiejskiej wspólnoty ze zmarłym.

Analiza porównawcza materiałów etnograficznych, dotyczących wpisanych w ludową tradycję pogrzebową sposobów obchodzenia się z ciałem oraz ich motywacji, wskazuje na liczne podobieństwa między zwyczajami rodzimymi i funkcjonującymi wśród ludów ościennych, zwłaszcza słowiańskich (Biegeleisen 1929, [1930]; Fischer 1921). W chłopskim stosunku do zwłok i ich intrerpretacji odzwierciedlił się – charakterystyczny zresztą dla całokształtu obrzędowości pogrzebowej wsi polskiej przełomu XIX i XX wieku – synkretyzm światopoglądowy, przejawiający się w koegzystencji pierwiastków o proweniencji pogańskiej i chrześcijańskiej.

Tradycja ludowa znała rozbudowany, regionalnie zróżnicowany system działań obrzędowych, sankcjonujących kształt wykonywanych na ciele umrzyka praktyk. Stosunek wobec zwłok warunkowany był tym, w jaki sposób człowiek rozstał się ze światem. Ze względu na odmienną waloryzację poszczególnych rodzajów umierania, podejmowano różne działania w przypadku śmierci naturalnej, „swojej”, danej – według chłopskiego mniemania – od Boga w okresie starości, gdy organizm wyczerpał swój witalny potencjał, a człowiek wypełnił życiowe powinności, i śmierci gwałtownej, za którą odpowiadały niebezpieczne siły pozaziemskie (Fischer 1921: 63).

Umieranie w domu, w otoczeniu rodziny uważano za najbardziej godny sposób odejścia, toteż człowiek, który przeczuwał zbliżającą się śmierć, kładł się do łóżka i wzywał najbliższych, by się z nimi pożegnać i pogodzić lub by zakończyć nierozstrzygnięte dotąd sprawy. Dla ulżenia umierającemu w ciężkim konaniu, postrzeganym jako kara za popełnione za życia przewinienia bądź jako skutek działania szkodliwych mocy demonicznych (Fischer 1921: 64), podejmowano różnorodne działania o charakterze religijnym (kropiono izbę święconą wodą, odmawiano modlitwy, wkładano w dłonie konającego zapaloną gromnicę (Burszta 1967: 181; Fischer 1921: 65)) lub magicznym (zamykano okna, zachowywano ciszę, wyjmowano umierającemu poduszkę spod głowy, układano go na podłodze wyściełanej słomą lub na gnoju, dzwoniono w „śmiertelne dzwonki” (Burszta 1967: 181; Fischer 1921: 71-74; Biegeleisen 1929: 81-82)). Zabraniano przy tym głośnego zachowania się, zwłaszcza donośnego płaczu i ostentacyjnej manifestacji cierpienia, które mogłyby przeszkadzać konającemu i przedłużać jego zmagania ze śmiercią.

Samą śmierć rozumiano jako rozłączenie duszy i ciała, które następowało wraz z ostatnim tchnieniem człowieka. Duch, uchodzący ustami, towarzyszyć mógł ciału do chwili pogrzebania tegoż w ziemi. By ułatwić duszy odejście w zaświaty, otwierano okna i drzwi w pomieszczeniu, w którym leżały zwłoki, by zaś przekonać się, czy duch po opuszczeniu ciała nadal gościł w domu, szukano śladów stóp na wysypanych uprzednio mące lub popiele.

Z chwilą śmierci rozpoczynano lamenty i opłakiwanie zmarłego. Gaszono gromnicę na znak, że „zgasło życie człowieka”, zatrzymywano zegar, jako że czas dla zmarłego przestał się liczyć, i zasłaniano lustro (Burszta 1967: 182). Ostatni ze zwyczajów uzasadniało utożsamianie odbicia człowieka z jego duszą, które zrodziło obawę, że duch umrzyka mógł pochwycić ducha osoby przeglądającej się w zwierciadle i unieść go w zaświaty. Lękano się także, że podwojenie odbicia ciała zmarłego ściągnie śmierć na kolejnego domownika bądź że odbijający się w lustrze nieboszczyk zobaczy osobę, którą zechce pociągnąć ze sobą na „tamten świat” (Biegeleisen 1929: 22-24).

Przestrzegano, by oczy osoby zmarłej były zamknięte – w przeciwnym razie mogłaby ona „wypatrzyć” któregoś z domowników ( Burszta 1967: 182). Praktyka ta wiązała się ponadto z przesądami o urocznych oczach oraz dążeniem do odcięcia umarłemu drogi powrotnej, którą z otwartymi oczyma mógłby bez trudu odnaleźć (Fischer 1921: 119). Powieki zmarłego obciążano monetami, gdy jednak pieniędzy w domu nie było, wykorzystywano guziki (Gaj-Piotrowski 1967: 252). Przestrzegano także, by usta trupa nie były otwarte, wówczas bowiem powstałaby szczelina, umożliwiająca niekontrolowane przenikanie istot ze sfery demonicznej w obręb przestrzeni człowieka. Obawiano się również, że wskutek niedomknięcia ust zmarły mógłby przywołać kogoś do siebie. Popularną praktyką związaną z podobnymi przekonaniami było podwiązywanie umrzykowi brody chustką lub podtrzymywanie jej śpiewnikiem (Fischer 1921: 112-121).

Wierzono, że los duszy w zaświatach zależny jest od sposobu obchodzenia się z ciałem (Biegeleisen 1929: 133), dlatego też dokładano wszelkich starań, by jak najlepiej przygotować zwłoki do pochówku. W pierwszej kolejności należało umyć ciało zmarłego – „środek ten oczyszczający miał usunąć »nie czyste« moce albo życiu ludzkiemu zagrażające materje, które do umarłego przylgnęły” (Biegeleisen 1929: 372). Praktykę tę motywowano ponadto dążeniem do wywołania analogii: tak jak człowiek zmywał z ciała nieboszczyka nieczystości, tak Bóg zmyć miał z jego duszy grzechy. Kąpielą ciała zmarłego parali się jego krewni, sąsiedzi lub obcy, rekrutujący się z najuboższych mieszkańców wsi, którzy w zamian za drobne wynagrodzenie przygotowywali zwłoki do pogrzebu i pilnowali ich nocą (Gaj-Piotrowski 1967: 252).

Wodę, w której myto ciało, należało wylać w nieuczęszczanym miejscu, gdyż, jak sądzono, była skażona i niebezpieczna. Czasem wylewano ją na wóz wiozący trumnę na cmentarz lub na drogę tam prowadzącą, co miało udaremnić próby powrotu zmarłego do świata żywych. Czym prędzej wynoszono także z chałupy wodę, pozostawioną na noc przy zwłokach dla umożliwienia duchowi zmarłego obmycia się lub napicia. Zakazywano przy tym wnoszenia świeżej wody do domostwa, w którym znajdowały się zwłoki, w przekonaniu, że te ją zanieczyszczą. Podobnie motywowano nakaz wyzbycia się wszystkich przedmiotów, mających kontakt ze zmarłym, gdyż przejmowały one moc destrukcyjną mediacyjnie nacechowanego ciała i stanowiły niebezpieczeństwo dla żyjących. Pozbywano się zatem grzebienia, którym czesano nieboszczyka, gdyż spowodować on mógł wypadanie włosów lub nawet łysienie kolejnych użytkowników, palono słomę spod martwego ciała, wyrzucano zdjętą z niego bieliznę, niszczono miskę i szmatkę wykorzystane do mycia zwłok (Biegeleisen 1929: 375-376). Izolacja przedmiotów pozostających w styczności ze zmarłym uzasadniana była także obawą, że mogłyby one dostać się w ręce osób niepowołanych, pragnących wyrządzić krzywdę innym za pośrednictwem magicznych właściwości tych szczególnych akcesoriów.

Następnie ubierano umrzyka w przeznaczoną do trumny odzież, której rodzaj, regionalnie zróżnicowany, był ściśle określony przez tradycję oraz odpowiednio dostosowany do wieku i stanu społecznego. Porządny przyodziewek stanowić miał wizytówkę człowieka w zaświatach, stąd też chłopskie starania by był on nowy, niełatany. Do połowy XIX wieku zmarłego ubierano w sięgającą stóp luźną koszulę, ściąganą w pasie, pod szyją i przy rękawach tasiemkami, pod którą wkładano adekwatną do płci bieliznę. Mężczyźnie na głowę wdziewano czapkę, kobiecie – czepiec lub chustkę (Kwaśniewicz 1981: 111). Dziewczętom zakładano ubranie przygotowane do ślubu oraz symbolizujący ich panieństwo wianek. Dzieci chowano w tzw. śmiertelnych koszulach.

Na kwestię obuwania ciała zapatrywano się dwojako. W niektórych regionach Polski wyposażano zmarłego w buty lub zapewniano mu inne formy okrycia stóp, żeby mógł swobodnie poruszać się w zaświatach. W innych natomiast częściach kraju funkcjonowało przekonanie, że włożenie do trumny obuwia umożliwi zmarłemu wstawanie z grobu i nawiedzanie rodzinnej wsi, w związku z czym celowo mu butów nie zakładano (Biegeleisen [1930]: 155-157).

Gdy ubranie ciała było utrudnione w związku z zesztywnieniem jego członków, zwracano się po imieniu do nieboszczyka, prosząc go o pomoc. Podczas szycia stroju do trumny należało uważać, by nie robić supłów, gdyż skutkowałoby to zawiązaniem duszy lub grzechów zmarłego (Kwaśniewicz 1981: 111), zaś przy odziewaniu zwłok wystrzegano się wiązania ubrań pod szyją, aby nie utrudnić małżonkowi osoby zmarłej ponownych zaślubin (Biegeleisen 1929: 89).

Umyte i odziane ciało składano w trumnie umieszczanej po środku specjalnie na tę okoliczność przystrojonej izby, dbając przy tym, by nogi zmarłego skierowane były ku drzwiom. Trumnę, której kolor zależny był od wieku, płci i zamożności zmarłego, stawiano na wyściełanych słomą deskach, ułożonych na stołkach lub na ławie. Dawniej zwłoki układano bezpośrednio na tzw. grobowej desce (Biegeleisen [1930]: 161-163). W obawie przed napuchnięciem ciała, stawiano przy nim naczynie z wodą, żelazne przedmioty oraz nasączone spirytusem lub octem szmatki, które wykorzystywano do robienia okładów (Burszta 1967: 184). W trosce o pośmiertny dobrobyt zmarłego i z obawy, by nie wracał po niezbędne mu na co dzień akcesoria, wyposażano złożone w trumnie ciało w przedmioty, z którymi nieboszczyk był za życia związany i które, jak sądzono, przydadzą mu się w zaświatach (fajka, grzebień, laska, książeczka do nabożeństwa).

Przy zwłokach można było też złożyć określone przedmioty, by za ich pośrednictwem ściągnąć na kogoś zgubę. Metodę tę stosowano najczęściej w celu zdemaskowania złodzieja, który miał sukcesywnie upadać na zdrowiu wraz z postępem rozkładu umieszczonej w trumnie rzeczy, pozostającej w styczności z łupem rabusia. Zdaniem Adama Fischera, „główna podstawa tych zabobonów polega na przekonaniu, jakoby zwłoki wydzielały z siebie jakąś niszczącą siłę, która pociąga za sobą wszystko w grób […]” (Fischer 1921: 185). Co ciekawe – wierzono, że destrukcyjne oddziaływanie trupa wywiera takiż wpływ na chorobę, toteż podczas walki z nią dążono do bezpośredniego kontaktu chorego lub reprezentujących go rzeczy z nieboszczykiem lub przedmiotami z nim związanymi. Przykładu niech dostarczy metoda leczenia bólu zębów, polegająca na dotykaniu chorego miejsca palcem umrzyka, lub praktyka zwalczania narośli przez pocieranie ich znalezioną na cmentarzu ludzką kością (Fischer 1921: 218-220).

Na czas przebywania trupa w chacie zawieszano niektóre czynności domowe i gospodarskie, które, z jednej strony, skazane były na niepowodzenie w związku z negatywnym oddziaływaniem martwego ciała, z drugiej natomiast – mogły zakłócić spokój przebywającej w pobliżu duszy. Odstępowano zatem od przyrządzania posiłków, rozniecania ognia, szycia, przędzenia, zamiatania, tłuczenia w stępie i mielenia na żarnach (Kwaśniewicz 1981: 112). O zakazach tych wspominał ludowy informator: „Jak wto umarty w domu leży, to nie trza syć, boby go kłuło; ani orać, ani gnoja zwozić, boby sie nie darzuło w polu” (Matyas 1893: 142).

Przekonanie o kalającej mocy zwłok kazało chłopom wynosić z chaty, w której leżał trup, produkty spożywcze i naczynia. Szkodliwe oddziaływanie umrzyka mogło pozbawić rzeczy poświęcone ich zbawiennej mocy, toteż do czasu pogrzebu zabierano z izby uprzednio przyniesione z kościoła zioła, wodę, kredę itp. (Fischer 1921: 131-132).

Ciało wystawiono w chacie przez trzy dni, dając tym samym czas rodzinie i sąsiadom na pożegnanie się ze zmarłym. Mieszkańcy wsi schodzili się do domu żałoby, aby wspólnie modlić się za jego duszę i odśpiewać pieśni z tradycyjnego repertuaru pogrzebowego. Złożenie ostatniej wizyty nieboszczykowi należało do zwyczajowych powinności wieśniaków wobec niego i jego rodziny. Bliscy zmarłego natomiast zobowiązani byli przygotować gościom poczęstunek i napitek (Simonides 1988: 139). Nocne czuwanie przy trumnie (tzw. puste noce) z czasem, zwłaszcza w południowej Polsce, zastąpił zwyczaj pilnowania zwłok przez najmowaną w tym celu wiejską biedotę, którą za posługę wynagradzano drobnymi datkami (Kwaśniewicz 1981: 112).

Po zakończeniu tego etapu obrzędu zamykano ciało w trumnie, zlecając zabicie wieka osobie postronnej. Surowo zabraniano przy tym wykorzystywania gwoździ, które, jak każdy przedmiot stalowy, posiadały właściwości izolacyjne, w związku z czym uniemożliwiłyby ciału zmarłego powstanie z grobu i połączenie się z duszą na Sądzie Ostatecznym (Kwaśniewicz 1981: 113).

Przestrzegano, by wynoszone z chaty zwłoki skierowane były nogami w kierunku wyjścia w przekonaniu, że ich odwrotne ułożenie przyczyni się do nawiedzania do (Fischer 1921: 254-255)mostwa przez zmarłego. Przy wyjściu z izby uderzano trzykrotnie rogiem trumny o próg, by zabezpieczyć się przed ewentualnymi powrotami ducha w postaci demona oraz na znak pożegnania nieboszczyka z chatą, jej mieszkańcami i dobytkiem (Fischer 1921: 259-270; Biegeleisen 1929: 113). Podczas wyprowadzania ciała okna i drzwi chaty, znajdujące się w niej sprzęty (szafy, skrzynie), a nawet wejścia do zabudowań gospodarczych musiały być otwarte, by dusza z łatwością mogła ulecieć w zaświaty (Biegeleisen [1930]: 146). Z kolei by uniemożliwić jej ukrycie się w domostwie bądź by wypłoszyć ją z izby, należało powywracać znajdujące się w chacie sprzęty, zwłaszcza te, na których stała trumna.

Wybór sposobu przetransportowania ciała na cmentarz zależny był od dystansu, jaki należało pokonać. Gdy odległość między chatą a miejscem pochówku była nieznaczna, niesiono trumnę, gdy zaś cmentarz położony był daleko – wieziono ją furmanką lub saniami.

Wozu ciągnącego umarłego nie zaprzęgano w kobyłę w obawie, że destrukcyjna siła martwego ciała spowoduje bezpłodność zwierzęcia. Praktykowano zwyczaj trzykrotnego popędzania i wstrzymywania koni, uzasadniany wierzeniem o obecności duszy przy niepochowanych jeszcze zwłokach oraz troską, by zdążyła ona na ostatnią podróż ciała. W zwyczaju tym upatruje się ponadto dążenia chłopów do ostatecznego pozbycia się ducha bądź chęci udobruchania zmarłego – jako że trzykrotne cofanie wozu symbolizować mogło trudność rozstania się z umrzykiem (Fischer 1921: 284-285). Wiozących ciało koni nie należało poganiać biczem, gdyż rośliny, z których ten był skręcany (konopie, len), mogłyby nie obrodzić (Fischer 1921: 286). Należało wystrzegać się przewożenia zwłok przez rzekę, gdyż ich nieczystość mogłaby skalać wodę, oraz przez pola, by nie sprowadzić nieurodzaju.

Na gruncie wierzeń o negatywnym oddziaływaniu nieboszczyka wyrosły przekonania o tym, że oglądający przez okno prowadzenie ciała do miejsca wiecznego spoczynku ściągnie na siebie trupią bladość, osoba jedząca lub pijąca w czasie przewozu zwłok na cmentarz cierpieć będzie na ból zębów bądź „będzie [jej] z gęby trup śmierdział”, zaś ten, kto spotka w drodze kondukt żałobny, niebawem umrze (Biegeleisen [1930]: 82-83).

Po spuszczeniu ciała do grobu, zgromadzeni na pogrzebie wieśniacy rzucali trzykrotnie grudkę ziemi na trumnę. W niektórych regionach gestu tego nie wykonywała rodzina w obawie, że zmarły może pociągnąć bliskich za sobą. Zwyczaj obsypywania trumny interpretowany był w trójnasób: wyrażał symboliczne pożegnanie z umarłym, życzenie, by ziemia była mu lekką oraz chęć zamknięcia ciała w grobie, a tym samym uchronienia społeczności od niepożądanych odwiedzin ducha nieboszczyka (Biegeleisen [1930]: 242-245).

Po powrocie do domu starannie sprzątano izbę, w której stało skażone nieczystością ciało zmarłego. Śmieci wymiecione z pomieszczenia wyrzucano w odosobnionym miejscu, by nie wyrządziły nikomu krzywdy. Wraz z pogrzebaniem zwłok znoszone były związane z ich obecnością w chacie zakazy izolacyjne. Ponownie nastawiano zegary, odsłaniano lustra i ustawiano przewrócone sprzęty. Życie domowników wracało do normy.

Odmiennie przedstawiał się chłopski stosunek do ciała osoby zmarłej śmiercią nienaturalną, tj. w wyniku wypadku, morderstwa, egzekucji czy samobójstwa. Pod wyrosłe wokół niej normy zwyczajowe podwaliny położyło przekonanie o jej demonicznej etiologii. Wierzono, że śmierć gwałtowna była wynikiem ingerencji negatywnych mocy nadprzyrodzonych i prowadzić mogła do przekształcenia się nieboszczyka w demona (strzygonia lub upiora). Podobne interpretacje „złej śmierci” wynikały także ze związanego z nią nieprzygotowania nieboszczyka do rozstania się ze światem, niemożności uporządkowania spraw z ludźmi i Bogiem oraz niedopełnienia właściwych rytuałów pogrzebowych (Perszon 1999: 52).

Lęk przed gwałtownie zmarłym przyczynił się do wypracowania szczególnych metod obchodzenia się z jego ciałem, mających zapewnić pozostającym przy życiu bezpieczeństwo. W celu odstraszenia duszy potępieńca, należało trzykrotnie wymierzyć policzek znalezionemu wisielcowi. Starając się zminimalizować kontakt z nieboszczykiem, jego zwłok nie myto ani nie przebierano. Ciało samobójcy należało wynieść z domu dziurą wykopaną pod progiem bądź innym otworem, specjalnie na tę okoliczność przygotowanym. Praktyka ta zdradzała chłopską dążność do zmylenia sił demonicznych, pod których władzą znajdowała się osoba zmarła w sposób gwałtowny. Czyniono tak również w przekonaniu, że wyniesienie zwłok drzwiami ściągnęłoby na wieś kolejną śmierć samobójczą (Biegeleisen 1929: 63, Biegeleisen [1930]: 100). Ponadto, próbowano w ten sposób uniemożliwić duchowi zmarłego powrót do świata żywych, a zarazem uchronić dom od pożaru lub uderzenia pioruna.

Ciał osób zmarłych śmiercią gwałtowną nie grzebano w poświęconej ziemi cmentarnej, lecz „za granicą, w »miejscu na to oznaczonem i niepoświęconem, na rozstajnych drogach, albo gdzie bądź w lesie, przy drodze«, a to »dlatego, aby Bóg włości nie ukarał gradobiciem«” (Biegeleisen [1930]: 100). Złamanie przez rodzinę denata zakazu pochówku zmarłego gwałtownie na cmentarzu skutkować mogło odkopaniem jego zwłok przez wzburzonych i przerażonych świętokradztwem mieszkańców danej wsi i wyniesieniem ciała poza orbis interior. Niektóre miejscowości miały swoje cmentarze samobójców (potwierdzają to nazwy toponimiczne), ulokowane poza granicami, w przestrzeni „niczyjej”, gdzie odwożono, złożone w trumnach zbitych z nieheblowanych desek, ciała wisielców. Wozy, którymi transportowano zwłoki, pozostawiano w miejscu pochówku (Kowalska-Lewicka 1994: 24). W związku z jawnie manifestowaną pogardą wobec aktu samobójczego, ale i wywoływanym przez niego przerażeniem, w ostatniej drodze towarzyszyli zmarłemu tylko najbliżsi (Koper 2005: 156).

Spadające na wieś nieszczęścia, pokrywające się w czasie z gwałtowną śmiercią przedstawiciela lokalnej zbiorowości, przypisywano jego szkodliwej działalności pośmiertnej. Związany z siłami demonicznymi zmarły ściągał burze, ulewy i gradobicia, powodował nieurodzaj i zagrażał społeczności, w związku z czym należało podjąć środki zabezpieczające przed jego zgubnym wpływem. Popularną metodą było odcinanie głowy nieboszczyka i układanie jej przy nogach, twarzą zwróconą w dół. Uciekano się także do wbijania w serce lub gardło kołka osinowego.

Lęk przed popadnięciem w niełaskę osób, które w sposób nienaturalny odeszły z tego świata, zrodził zwyczaj symbolicznego ich obdarowywania, manifestujący się w praktyce składania na napotkanych przypadkiem mogiłach tej kategorii nieboszczyków drobnych ofiar w postaci gałązek, kamieni, grudek ziemi itp. Zaniechanie owego gestu ściągnąć mogło gniew zmarłego, domagającego się czci i pamięci o sobie (Jakimowicz 1916: 24-25).

Z jednej strony lękano się tragicznie zmarłych, ale z drugiej wierzono, że ciało samobójcy lub pozostające w związku z nim przedmioty obdarzone są nadnaturalna mocą. Palec wisielca, zapalony jak świeca, czynić miał niewidzialnym, a tym samym umożliwiać złodziejom bezkarne dokonywanie kradzieży. Podobne właściwości miał palony tłuszcz zamordowanego, jego zaś palec otwierał wszystkie zamki. Zbroczony krwią straceńca piach posiadał moc czarodziejską, stąd też zaraz po egzekucji zebrany lud penetrował miejsce kaźni w poszukiwaniu owego magicznego środka. Cudowne właściwości przypisywano także odzieży zmarłych gwałtownie oraz sznurowi wisielca. Ten ostatni – według przekazów – wykorzystywali żydowscy karczmarze, którzy zanurzali fragment powrozu w wódce w przekonaniu, że dzięki temu klienci pić ją będą bez opamiętania. Podobne akcesoria zapewniały pomyślność w hodowli bydła i pszczół, obfite połowy, a także stanowiły środek apotropeiczny przeciw urokom rzucanym na żywy inwentarz (Biegeleisen [1930]: 102). Miały one ponadto szerokie zastosowanie w lecznictwie ludowym.

Artykuły powiązane