Wańkowicz – od hipertrofii do technicyzacji zmysłów

Zmysłowość stanowi istotny składnik sztuki pisarskiej Melchiora Wańkowicza. Jego śmiałe korzystanie z literackich dóbr, a więc także z artystycznie przetworzonych obserwacji sensualnych, wyzwolą w kształtującym się w dwudziestoleciu międzywojennym gatunku potrzebę docierania pod podszewkę historii, odnajdywania w jednostkowych zdarzeniach zuniwersalizowanych modeli, przyczynią się także do opisu percypowanej rzeczywistości w sposób czuły, a dla czytelnika – uczuciowo bliski. Sensualność stanowi dlań nie tylko ważny element wyposażenia świata, ale jest także wyznacznikiem autorskiej metody twórczej. To właśnie – jak sam powiada – „witaminy” reportażu pozwalają uaktywnić w wyobraźni percepcję czytelnika, a obrazowi nadają głębię. Najbardziej szczegółowy opis losów bohaterki, jeśli jest ich pozbawiony, staje się jałowy – „nie czujemy zapachu jej włosów, dotknięcia jej palców, nie widzimy jej uśmiechu” (Wańkowicz 1969: 6):

Melchior Wańkowicz : Od Stołpców po Kair: 6

[…] reporter robi rachunek sumienia, jak wódz wyprawy arktycznej, który przecież wszystko przewidział, zabrał wszystko: tłuszcze, białka, węglowodany, fosfor. Racje były kalorycznie zasobne. A tymczasem…

A tymczasem zęby im się w dziąsłach ruszają, szkorbut ich obezwładnia, na ciele pokazują się plamy awitaminozy.

Czegóż tu zabrakło?

Zabrakło tajemniczej substancji – witamin.

A w reportażu – komponenty artystycznej.

Znakiem pewnej pisarskiej samowiedzy twórcy Bitwy o Monte Cassino, ale i świadectwem oryginalności stosowanej przezeń metody twórczej jest wypowiedź, w której określając się w opozycji do młodszego kolegi, Krzysztofa Kąkolewskiego nazywa siebie „Herbapolem”,  jego zaś – „Polfą”. W arcyciekawej potyczce dwóch  indywidualności polskiego reportażu czytamy:
Krzysztof Kąkolewski : Wańkowicz krzepi: 70

Uprawiam PISARSKIE ZIELARSTWO. Zbieram żywokost, rumianek, chodzę o świcie po rosie, jeszcze przy księżycu. To moje farby, kolory, zapachy. To rzeczy zewu krwi, pożywienia, tradycji. A potem ktoś, jak Pan, przychodzi z próbką chemiczną i ma gotową formułkę, której ja nie znam.

Metafora zielarstwa jest dobrym tropem pozwalającym rozpoznać charakter sensualności w niektórych reportażach Wańkowicza. Najcenniejsze residuum dla zmysłów stanowi w twórczości autora Szczenięcych lat świat przyrody, zwłaszcza tej, znanej z dzieciństwa – kresowej: bujnej i dzikiej. Słynna gawęda o beztroskim dojrzewaniu w leżących dziś na terenie Białorusi Kalużycach aż kipi od obserwacji stymulujących zmysły. Sensualny pejzaż wyznacza z jednej strony bezpieczna przestrzeń domu – jako szczęśliwego stadła, zaprzątniętego codzienną, niemal zrytualizowaną, krzątaniną:
Melchior Wańkowicz : Szczenięce lata: 23 Biegłeś, człowieku, z ganku, wzdłuż domu, wzdłuż kwietnych rabatów, na których w rozwartych kielichach tulipanów złociły się odwłoki pszczół. Buchał z tego zapach kwietny i miodny, syty i dostały. […] Słońce grało po ścianach domu; z obejścia całego, z tych tam pokrzykiwań, poskrzypów, brzękań, nawoływań, dymów kuchennych, z pracowitego gdzieś tam stukania noży – sączyła się cicha melodia nowotrzebskiego dnia.
Katalizatorem zupełnie innych sensualnych jakości jest rozciągający się tuż przy domu las – będący osobnym światem: nieprzewidywalnym, pierwotnym, wyzwalającym instynkt. Czołgając się wyschniętym korytem rzeki ku wronie bohater najsilniej odczuwa swą fizyczność: „serce waliło tak potężnymi falami krwi, że spiekłe usta rozchylały się, nie mogąc nastarczyć wzruszonemu oddechowi, a w oczach pod czaszką zapalały się i gasły różnokolorowe plamy” (Wańkowicz 2009a: 23). Ma także poczucie niemal atawistycznej jedni ze światem przyrody: „Jakże słodko było leżeć teraz na wznak na mchu leśnym; wietrzyk biegł po mokrej koszuli, górą płynęło zielone, rozchwiejne morze listowia” (Wańkowicz 2009a: 23). Jest częścią przestrzeni, którą rozpoznaje i rozumie: „Zewsząd dochodziły wabiące odgłosy lasu: ostry skrzek sójki, kwilenie żołny albo jastrzębia, kukanie kukułki, kucie dzięcioła, cmokanie wiewiórek” (Wańkowicz 2009a: 25). Bezpośredni kontakt z przyrodą nie tylko nadaje życiu lepszą jakość i poszerza jego ontologiczne spektrum, ale także pozwala otrzeć się o transcendencję: „Iść o zachodzie słońca wąską ścieżką w las przez oćmę brzozowych listków, przez zakręty na których nagle czernieją potężne sosny – to zapomnieć o domu, o tym, że tak gdzieś niedaleko jest życie osiadłe, to wszywać się lekkim, coraz żwawszym krokiem w nieskończoność” (Wańkowicz 2009a: 85). Sensualność tego reportażu, która rodzi się na styku powierzchni skóry i otaczającej przyrody, bliska jest idei instynktu, jak go pojmował św. Tomasz. Według niego uchodzi on za najważniejszy zmysł wewnętrzny, obok zmysłu wspólnego, pamięci biernej i czynnej. Sprawność ludzkiego instynktu – vis cogitativa jest dla Akwinaty pochodną zbilansowanego stosunku człowieka i przyrody, dlatego upośledza go cywilizacja, a wyostrza bliskość natury (Świeżawski 1983: 159-160). A jednak sensualność nie zawsze stanowi dla Wańkowicza narzędzie, po które chętnie sięga: w idyllicznym obrazie dzieciństwa nie mieszczą się wszak osobiste tragedie. Z autobiograficznej pogwarki o dorastaniu jakby mimochodem dowiadujemy się o wczesnym sieroctwie głównego bohatera. W opowieści napisanej rozlewną, kresową frazą ów dramatyczny fakt rodzicielskiej deprywacji ma formę lapidarnego, kronikarskiego zapisu: „I nagle zabrakło w kalużańskim dworze wątku anegdotycznego. Zmarł w 1892 roku ojciec, zmarła w 1895 roku matka” (Wańkowicz 2009a: 60). Zbliżoną emocjonalną powściągliwość można zaobserwować w Zielu na kraterze, które mogłoby uchodzić za kolejną część rodzinnej sagi. Narracja o śmierci córki, której poświęcona jest ta barwna opowieść, zbudowana jest raczej z literackich reprezentacji, niż z opisu faktycznych doznań emocjonalnych i percepcyjnych ojca. Pisarz zaznacza swój dystans wobec tragedii: żal matki, poszukującej ciała zabitego dziecka, wpisuje w chrześcijański motyw Stabat Mater Dolorosa, swój ból natomiast wyraża raczej za pomocą toposu ojca-pisarza, który opowieść o stracie ukochanego dziecka układa w finezyjną kompozycję. Śmierć Krysi i jej przyjaciół poprzedza bowiem arcypolska scena ostatniego mazura odtańczonego w przededniu wielkiego powstania przez radosne pary:
Melchior Wańkowicz : Ziele na kraterze: 408 Pierwsza para: Rzewuski i Krysia. On zginęła na Woli. O niej mówiono, że ją widziano w późniejszych dniach powstania. Druga Para: Łoś i Załęska. Jego ciało znaleziono na Wilanowskiej na Czerniakowie. Ona została zastrzelona z transportem broni. Trzecia para: Piotruś Szuch i Nina Rostańska. On zginął z całym oddziałem, wyprowadzanym na Wilanów. Ona… […] leży pod tym [krzyżem] na lewo. Czwarta para: Romek i Irenka Wańkowiczowie. Romek poległ w pierwszym dniu, a jego siostra – w dniu ostatnim.
Sensualność tej twórczości jest zatem intrygująca i nieoczywista. Żywa – gdy dotyczy opisów przyrody, zwłaszcza polskich pejzaży, relacji z polowań; powściągliwa – gdy ma opisać trudne, najgłębiej intymne rejestry ludzkiego odczuwania. Pewna redukcja wrażliwości zmysłów towarzyszy także niektórym wędrówkom reportera. Oto opisując wrażenia z wyprawy kajakowej odbytej w latach trzydziestych wraz z młodszą córką po Prusach Wschodnich reporter nie dostarcza wielu przykładów sensualnego doświadczania tej przestrzeni. Przyczyną owych zmysłowych trudności może być rozminięcie się zastanej rzeczywistości z oczekiwaniami: „W marzeniach naszych o tym kraju, o którym wieczorami tyle czytaliśmy, miała przyjść do nas mowa polska, mowa zatrzymana w rozwoju, mowa jak przecięcie flory przedpotopowej w kopalniach bursztynu – mowa dźwięczna, dostojna, starych kancjonałów mazurskich” (Wańkowicz 2009b: 223). Tymczasem zamiast niej trafiają na mowę, która „cuchnie niemczyzną i wyświechtanym plugastwem” i stanowić może jedynie „mierzwę słowiańską, podściółkę pod niemiecką kulturę” (Wańkowicz 2009b: 223). Reporter odczuwający rozminięcie się z aurą tego miejsca częściej sięga po inną metodę opisu: ściśle dokumentuje pracę, zmyślnie przeplata własne doświadczenia podróżnicze z surowym reporterskim tworzywem (mapy, dane statystyczne, wykazy, rysunki itd.). Wańkowiczowskie obrazy z Na tropach Smętka robią więc wrażenie swoim tematycznym rozmachem, bogactwem szczegółów, sporą wiedzą, ale raczej w niewielu rozdziałach dostrzec można wyraźną pracę reporterskiego doświadczenia zmysłowego. Opowieść nie jest jednak wyjałowiona z percepcyjnych doznań, pisarz zagospodarowuje tę sferę inaczej: czyniąc bohaterką książki córkę wzbogaca prozę o ważne konteksty sensualne. Tili spontanicznie smakująca rzeczywistość, nazywa ją za pomocą słowotwórczej pasji. Oto nieco przydługie ojcowskie rozmyślania na temat flory i fauny mazurskich jezior przerywa taka oto obserwacja małej Marty:
Melchior Wańkowicz : Na tropach Smętka: 231 […] czarne sylwety wodnych kurek, jak tajemnica, jak tchnienie ledwie wyczuwalne szmyrgały między sitowiem; z tyłu, za nami, z wielkim wrzaskiem zapadała w las czereda gawronów i ścichła; w jeziorze zaczęły grać żaby. – Słyszysz, tata, jak jakiś stetryczały żab basem się odzywa? – pyta Tirliporek. Sancho Pansa nie lubi migdalić się nastrojami i świadomie je zwalcza.
Dziecko uwrażliwia ojca na pewne nieoczywiste rejestry rzeczywistości, gdy za pomocą baśniowej aury ponury obraz realnych miejsc przemienia w przestrzenie oswojone. Oto dlaczego podróżnicy wierzą, że losy wyprawy komplikuje maskotka kupiona na straganie obwieszonym swastykami, a nieoczekiwanie przekroczoną granicę z Polską zwiastują zdaniem Tili „bociany, [które] mają jakieś polskie miny” (Wańkowicz 2009b: 456). Wańkowicz bez reszty daje się uwieść grze dziecięcych zmysłów, zaś jego fascynacja ich światem niezawodnie udziela się czytelnikowi. Wyraźna obecność sensualnych bodźców w reportażu o Prusach Wschodnich jest także zasługą przygodowej aury, która otacza tę wyprawę. To ona sprawia, że reporterowi zdarza się wypaść z roli kompetentnego i samowystarczalnego Kinga. Oto pod koniec podróży, gdy nieoczekiwanie wywraca się kajak i podróżników wciąga wodny wir, reporter ma świadomość, że ociera się o śmierć. Czuje się odpowiedzialny za bezpieczeństwo dziecka i jednocześnie – bezradny wobec potęgi żywiołu. To zdarzenie wyzwala w nim istną eksplozję zmysłów:
Melchior Wańkowicz : Na tropach Smętka: 458 Wtedy robi mi się zupełnie słabo. Woda mnie podrzuca pod brzeg. Wyczuwszy kolanami dno, klęczę po piersi w wodzie i, jak mi potem mówi Sancho, jęczę. Czuję, że się dziecko zbliża, ale nic nie widzę. Czuję, że mnie obejmują jej mokre ramiona, i że do mego policzka przytula się jej buzia.
Ciekawym kontekstem porównawczym, pozwalającym zbadać reprezentacje sensualności i praktyki sensualne w innych przestrzeniach kulturowych, jest w twórczości Wańkowicza seria podróży do USA, z których przywozi on m.in. obszerną trylogię W ślady Kolumba. Wybierając się pod koniec lat pięćdziesiątych w samochodowy wojaż po Stanach Zjednoczonych Melchior Wańkowicz ma już amerykańskie obywatelstwo i szczerą chęć, by poznać, odczuć i zrozumieć ziemię, w której zakorzeniła się jego jedyna żyjąca córka. Decyzja niemłodych, liczących z górą sześćdziesiąt lat małżonków, którzy z entuzjazmem, brawurą i bezkompromisowością nastolatków rzucają się w poprzek kontynentu i z powrotem ma być dla nich okazją do bezpośredniego zetknięcia z prawdziwą Ameryką. Wańkowicz chce poznać ten kraj w sposób najbardziej pierwotny – zmysłowo: chce przyjrzeć się mu z bliska, odczuć na własnej skórze, smakować, wąchać i wsłuchiwać się. Reporter jest ciekawy Ameryki, nie zniechęca się innością, nie uprzedza się, a jednak podróż pisarza znanego z sensualnych narracyjnych feerii jest często wyjałowiona z opisów percepcji: nie poświęca wiele uwagi ciału, jego zmęczeniu, nie narzeka na trudy podróży, niedyspozycje organizmu. Jednym ze znaczących wyjątków jest opis podróży do kolebki jazzu. Nieprzypadkowo w tytule donosi: Rozprężamy się w Nowym Orleanie i już w pierwszych zdaniach daje przykłady tego „rozprężenia”, gdy pozwala się uwodzić zmysłom: „Powietrze jest przejrzyste, słoneczne, krajobraz radosny, musujący, nadmorski, pustynno-palmowy, […] jest przesycone zapachem korzennych przypraw morskich przysmaków i mocnej kawy” (Wańkowicz 2009c: 111). Sensualne spiętrzenie ma tu charakter synestezji: pejzaż jest zatopiony w krystalicznie czystym powietrzu, ma intensywny korzenno-kawowy zapach, jego percepcja angażuje także zmysł słuchu – jest „musujący”, subtelnie wibruje. Dlaczego opis tego miejsca tak radykalnie różni się od deskrypcji innych przystanków w amerykańskiej podróży? Zdaje się, że reporter bezbłędnie wyczuwa pozaracjonalny charakter przestrzeni, w której narodziła się zmysłowa muzyka; czuje, że władają nią raczej emocje niż intelekt. Wsłuchując się w rytm tego miejsca, próbując zgłębić jego tożsamość, Wańkowicz mniej korzysta z racjonalnych sposobów orientacji przestrzennej, a nawet celowo gubi się w labiryncie splątanych uliczek, na powrót budzi swe zmysły:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 112 To miasto jest żywonarodzone. – tłumaczy zaniepokojonej niekończącym się błądzeniem żonie – Nieplanowane. I ludzie tu są żywonarodzeni, zespoleni ze swoim miastem. Nielogiczne ulice mają logiczny bieg krwi. Kierunek, jak dawniej – to serce. Już go nosem czuję.
Małżonkowie chętnie poddają się aurze tego jedynego i niepodrabialnego genius loci, sycą zmysły, pozwalają się uwodzić ulicznej muzyce wykonywanej przez potencjalnych następców Louisa Armstronga, cieszą oczy widokiem nastrojowej przestrzeni:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 112 mijamy ulicę za ulicą, coraz bardziej strojne w stare domy, przewiewne, od ulicy z głębokimi wnękami tarasowych balkonów za kutymi ręcznie żelaznymi kratami, pod ulewą kolorowych markiz, z błyskającymi przez przebłyski bram mozaikowymi patio-podwórcami, na których szemrzą fontanny i rosną palmy i szczerzą zielone, spatyniałe paszcze tłuste delfiny.
Nowy Orlean wabi także smakami – pisarz z ulgą odnotowuje zmianę w jednostajnym podróżnym jadłospisie: „Ileż bom ja w ciągu jazdy opchnął tych «frakfuterów», tych «hot dogów», «gorących psów», tego narodowego przysmaku”. I oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie przedstawił na ten temat porażających kalkulacji: „Tegoroczna produkcja parówek w USA wyniosła tyle, że, jak obliczono, można by nimi opasać trzydzieści dwa razy glob ziemski”, nie dodał z emfazą: „Precz z parówkami! Hrabia jestem na tę noc w Nowym Orleanie” (Wańkowicz 2009c: 113) i nie skosztował „aromatycznego”, „buchającego parą i ostrym zapachem” egzotycznego „pompano” (Wańkowicz 2009c: 115). O wyjątkowości krainy jazzu wśród innych, odwiedzanych przez małżonków, rejonów Stanów Zjednoczonych pośrednio zaświadcza charakter pożegnania z amerykańską przygodą. Ostatni tom trylogii kończy się słowami: „Żegnaj, Ameryko, Ziemio Obiecana, miodem i mlekiem z puszek konserwowych płynąca” (Wańkowicz 2009e: 289). Może zatem najbardziej znamiennym wytworem tej kultury byłby dla Wańkowicza Disneyland – spreparowana, sztuczna, zamknięta, zmechanizowana przestrzeń, w której obowiązują ścisłe zasady. Miejsce, w którym sfera ludzkich emocji i wrażeń sensualnych podlega komercjalizacji i ograniczeniu do wyreżyserowanych reakcji, „sztuczny raj”. Wańkowicz z przekorą wobec nieukrywanej niechęci „czcigodnych fellows z Fundacji”, czyli innych artystów zaproszonych do siedziby Fundacji Hartforda, wybiera właśnie tę destynację jako jeden z celów podróży. Małżonkowie bezbłędnie podchwytują reguły gry rządzące tym miejscem, rzucają się w wir atrakcji: płyną dziką rzeką, przeżywają bandycki napad na pociąg, lecą na „księżyc”, pozwalają wibrować zmysłom:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 271 Siedzieliśmy nad brzegiem wody, – wspomina autor – na której chwieją się pirogi tubylców, i chłoniemy głosy puszczy. Słońce zbliża się ku zachodowi i dżungla układa się do snu. Z jej zielonego piekła dochodzą głosy papug, piski małp, jakieś gwizdy i poświsty nieznanych ptaków, pobekiwania i pokwikiwania nieznanej zwierzyny i od czasu do czasu rozlega się ryk drapieżnika.
Finałem tej sensualnej feerii jest nieunikniony, ale przecież i niezbyt dotkliwy, powrót do realności: „O czytelniku – po cóż mnie zmuszasz do wyznania, że wszystko to robią zmechanizowane i zsynchronizowane głośniki?” (Wańkowicz 2009c: 271). Dotykający Ameryki Wańkowicz częściej przekonuje się, że życie w świecie wysoko rozwiniętej cywilizacji nie zawsze jest zabawą, ale bywa raczej udręką dla zmysłów. Opuszczając Nowy Jork pisarz przemieszcza się tunelem i wspominając niedawną tragedię drogową spowodowaną pożarem jednego z dużych aut, notuje swe wrażenia z podziemnej wędrówki:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 44 Huk piekielny ciężarówek, lśnienia lampionów, cienie tańczące po ścianach tunelu (zapaliłem latarnie), zmienione ciśnienie – stanowią istną drogę z piekła. Wyskakujemy z tunelu jak korek z butelki w słoneczny świat. Źrenica musi przyadaptować się natychmiast, nie ma prawa zaniewidzieć ani na chwilę w tej piekielnej sarabandzie.
Pisarz znajduje wiele innych przykładów zaświadczających, że stechnicyzowana przestrzeń jest ludziom wroga, bo zamiast pobudzać ich zmysły – atakuje je i tumani. Za cenę życia człowiek zmuszony jest funkcjonować jak bezbłędna maszyna – być w nieustannej czujności, podejmować wyłącznie skuteczne działania. Podróżujący reporter drąży ten problem głębiej. Zastanawiając się nad jakością pracy Amerykanów, ich nieustanną troską o efektywność i maksymalną wydajność przygląda się skutkom, zainicjowanego na początku XX wieku, tayloryzmu. [tayloryzm – Wywiedziona z naukowych analiz przez Fredericka Winslowa Taylora koncepcja zarządzania polegająca, najogólniej mówiąc, na wyodrębnieniu z pracy robotników krótkich, nieskomplikowanych czynności, na które przeznacza się ściśle określoną ilość czasu]. Praca zorganizowana na zasadzie bodziec – reakcja prowadzi jednak do odhumanizowania pracowników, odebrania im godności i satysfakcji. Skutki długofalowego oddziaływania tych samych stymulacji przyczyniają się także do znaczącej deprywacji zmysłów. Wspominając swoją przedwojenną wizytę w chicagowskiej rzeźni, gdzie z górnej galerii hali miał okazję obserwować cały proces pozyskiwania mięsa – od ogłuszenia zwierzęcia po selekcję jego drobnych organów, przywołuje następujący obraz:
Melchior Wańkowicz : Królik i oceany: 189 pokazywano mi człowieka, który wyłuskiwał nerki. Od trzydziestu lat stał na tym miejscu (automatyzację w Chicago zaczęto wprowadzać już w 1870 roku.) Przed dwudziestu laty oślepł. Zatrzymano go w pracy i okazało się, że jego wydajność nie zmalała. Ślepiec, którego obserwowałem, miał obie dłonie wyciągnięte pod kątem prostym do płynących taśm. Skoro tusza dotykała ręki prawej, ta wyjmowała nerkę, wkładała w lewą i skoro sunąca na taśmie miska dotknęła ręki lewej, ta lokowała w niej nerkę. Pomyślałem ze zgrozą, że gdyby ten człowiek utracił ponadto poczucie węchu, słuchu i smaku, sprawność jego, potrzebująca jedynie zmysłu dotyku, jeszcze by wzrosła Niepotrzebny był cały człowiek – wystarczyła jedna piąta człowieka.
Podobne obserwacje dotyczą zwiedzanej przez reportera fabryki Forda, w której zamiast ludzi odczuwających, żywo reagujących, związanych emocjonalnie z wykonywanym zadaniem widzi jedynie „śrubowkręty”, „dziurkodłuby”, „ludzi-świdry”, „ludzi-dłuta” itd. (Wańkowicz 2009d: 189). Kwestia skutków, jakie przynosi zmysłowa deprywacja najwyraźniej nurtuje Wańkowicza – stanowi w jego podróżach amerykańskich częsty wątek myślowy. Przedstawione przez reportera przykłady obrazujące podnoszenie wydajności odbierają pracy jej wartość, przyczyniają się do osłabienia więzi z innymi, z sobą samym. Praca pozbawiona wymiaru teleologicznego odrealnia się, traci spoistość, nie daje poczucia satysfakcji. Emblematem stechnicyzowanych Stanów Zjednoczonych jest Nowy Jork – przestrzeń skrajnie odmienna od miasta jazzu. Wańkowicz widzi to miejsce jako „nieludzką ziemię”. Pisarz powiada wręcz: „w Nowym Jorku się duszę”. Od razu trzeba by dodać: „i tracę zmysły”. Przywołując wspomnienia rozświetlonego miasta, pisarz notuje:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 42 Jedziemy jarzącym Nowym Jorkiem. Przecież to za kilka dni Boże Narodzenie. Empire State Building, którego 900 biur (łączny czynsz roczny dziesięć milionów dolarów) stoi w nocy pustką, rozjarzył swoją fasadę 125 milionami świec; w pobliżu Radio City Music Hall (sala z widownią na 6200 osób) stoi olbrzymia choinka z dostawionego tu z wielkim trudem 30-metrowego świerka, iluminowanego od góry do dołu.
Wizytówka Nowego Jorku – nocne iluminacje miasta – określona jest bez polotu, bez cienia niepodrabialnej językowej wyobraźni Wańkowicza. Najpierw pisarz używa stechnicyzowanego sformułowania „jarzące”, nieco dalej – czasownika o tym samym źródłosłowie „rozjarzyć się” (zresztą tak samo określa Nowy Jork nieco wyżej). Opis nowojorskiej feerii świateł ma zatem pewną, by tak rzec, zaprogramowaną intensywność. O skali widowiska ma nas przekonać nie czułość reporterskich zmysłów, ale porażająca skala liczbowa. Dlaczego, mimo pełnego determinacji zagłębiania się w doświadczeniu Nowego Świata, Wańkowiczowskie zmysły nie reagują na tę przestrzeń? Dlaczego pisarz znany ze swych barwnych, sensualnych i pełnokrwistych opisów nie zdołał naprawdę „dotknąć” Ameryki? Czytając amerykańską trylogię można odnieść wrażenie, że w kontakcie z obcą, stechnicyzowaną przestrzenią jego zmysły przestają być czułym instrumentem poznania. I najwyraźniej ma on pełną świadomość swej odmiennej, niezestrojonej z Ameryką, wrażliwości. Wyznaje bowiem:
Melchior Wańkowicz : Atlantyk-Pacyfik: 14 Przyglądając się grubemu rękopisowi po jego ukończeniu, rozumiem, że przez Amerykę prowadziło mnie nieustanne zdumienie człowieka kultury organicznej, może nawet aż rustycznej, który ogląda życie technokratyczne wytwarzające kulturę nieorganiczną. Stąd w książce nieustanny zachwyt, olśnienie i skurcz, i rezerwa.
W nastawionym na efektywność, standaryzację i podporządkowanym technice świecie także inne wartości są wytrawione. Człowiek, który stracił kontakt z własną tożsamością, jest głuchy na głosy przyrody, jego kultura „odpaździerza się” (Wańkowicz 2009e: 164), cnoty mają wartość skansenu, a potrzeby duchowe są mizerne. Święci nowej rzeczywistości to wszak Taylor – prorok pracy nowoczesnej, milioner, który zaczynał od sprzedawania zapałek na ulicy i Santa Claus – „jowialny grubas z pijacką gębą” (Wańkowicz 2009e: 167). Zbliżoną obserwację znajduje u Steinbecka, który mniej więcej w tym samym czasie odbywa podobny wojaż po Ameryce (Podróże z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki,1962): „Jeśli ten naród ma do tego stopnia przytępione gruczoły smakowe, że nie tylko godzi się z jedzeniem bez smaku, ale w nim gustuje – to cóż stanie się z jego duchowym życiem, tak samo pozbawionym podniet” (Wańkowicz 2009d: 186). Wańkowicz niejednokrotnie podkreśla swe zainteresowanie rozmaitymi sposobami odbierania rzeczywistości, wyraźnie nurtuje go temat „wzrokowych poszerzeń” (Wańkowicz 2009c: 225), niestrudzenie stymuluje percepcję, gdy zanurza się bez kompromisów, ale i bez uprzedzeń w obcy świat nowych zmysłowości, i gdy otwiera nań „wszystkie, nawet zardzewiałe klapy chłonne” (Wańkowicz 2009c: 225). Temat roli sensualności rozpoznaje zatem wieloaspektowo – przez własne doświadczenia, w perspektywie porównań kulturowych, a także poprzez lektury. Twórczość autora Ziela na kraterze dostarcza licznych dowodów, że czuła percepcja rzeczywistości nie tylko życiu nadaje smak, ale czyni je pełniejszym, bardziej wartościowym, sensowniejszym po prostu.

Źródła

Źródła

  • Wańkowicz Melchior, „Szczenięce lata” (1934), cyt. za Wańkowicz Melchior, „Szczenięce lata”, „Ziele na kraterze”, „Ojciec i Córki – korespondencja”, wstęp Anna Bernat, Piotr Kępiński, Aleksandra Ziółkowska-Boehm, posłowie Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, cytaty ze s. 23, 25, 60, 85.
  • Wańkowicz Melchior, „Na tropach Smętka (1936), cyt. za Wańkowicz Melchior, „W kościołach Meksyku”, „Opierzona rewolucja”, „Na tropach Smętka”, wstęp Wojciech Cejrowski, Jan Gondowicz, Robert Traba, posłowie A. Ziółkowska-Boehm, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, cytaty ze s. 231, 456, 458.
  • Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. Atlantyk-Pacyfik” (1967), cyt. za Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. Atlantyk-Pacyfik”, wstęp Jerzy Surdykowski, posł. A. Ziółkowska-Boehm, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, cytaty ze s. 42, 44, 111, 112, 113, 115, 271.
  • Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. Królik i oceany” (1968), cyt. za Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. Królik i oceany”, wstęp Jerzy Surdykowski, posł. A. Ziółkowska-Boehm, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, cytaty na s. 186, 189.
  • Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. W pępku Ameryki” (1969), cyt. za Wańkowicz Melchior, „W ślady Kolumba. W pępku Ameryki”, wstęp Jerzy Surdykowski, posł. A. Ziółkowska-Boehm, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, cytaty ze s. 164, 167.
  • Wańkowicz Melchior, „Od Stołpców po Kair” (1969), cyt za Wańkowicz Melchior, „Od Stołpców po Kair”, wybór, układ i przypisy Stefana Kozickiego, PIW, Warszawa 1969, cytat ze s. 6.

Opracowania

  • Bachórz Józef, „Jak pachnie na Litwie Mickiewicza i inne studia o romantyzmie”, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2003.
  • Ziółkowska-Boehm Aleksandra, „Na tropach Wańkowicza po latach”, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2009.
  • Gronczewski Andrzej, „Bardzo straszny dwór”, Wyższa Szkoła Humanistyczna w Pułtusku. Wydawnictwo Uczelniane, Pułtusk 1999.
  • Hall T. Edward, „Ukryty wymiar”, przeł. Teresa Hołówka, wstęp Aleksander Wallis, PIW, Warszawa 1978.
  • Aleksandra Ziółkowska-Boehm (oprac. wyb. wst.), „Jerzy Giedroyć Melchior Wańkowicz. Listy 1945-1963)”, Czytelnik, Warszawa 2000.
  • Kąkolewski Krzysztof, „Wańkowicz krzepi. Wywiad-rzeka”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1984.
  • Sokólska Urszula, „Leksykalno-stylistyczne cechy prozy Melchiora Wańkowicza (na materiale reportaży z lat 1961-1974”, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, Białystok 2005.
  • Wieczorkiewicz Anna, Monika Kostaszuk-Romanowska (red.), „Spektakle zmysłów”, Wydawnictwo IFIS PAN, Warszawa 2010.
  • Świeżawski Stefan, „Święty Tomasz na nowo odczytany”, Znak, Kraków 1983.
  • Wieczorkiewicz Anna, „Apetyt turysty. O doświadczaniu świata w podróży”, Universitas, Kraków 2008.
  • Wolny Kazimierz, „Sztuka reportażu wojennego Melchiora Wańkowicza”, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie, Rzeszów 1991.
  • Wolny-Zmorzyński Kazimierz, „Melchior Wańkowicz – mistrz polskiego reportażu – na tle współczesnych autorów dwudziestolecia międzywojennego”, [w:] „Reportaż w dwudziestoleciu międzywojennym”, pod. red. Krzysztofa Stępnika i Magdaleny Piechoty, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2004.
  • Wolny-Zmorzyński Kazimierz, „Wokół twórczości Melchiora Wańkowicza. W stronę dziennikarstwa, socjologii, polityki oraz krytyki literackiej”, Tarcza, Kraków 1999.
  • Jacek Kurek, Krzysztof Maliszewski (red.), „W przestrzeni dotyku”, Miejski Dom Kultury „Batory”, Chorzów2009.
  • Ziątek Zygmunt, „Wrzos, Pruszyński, Wańkowicz. Rola wielkich indywidualności w narodzinach i rozwoju polskiego reportażu”, [w:] „Reportaż w dwudziestoleciu międzywojennym”, pod. red. Krzysztofa Stępnika i Magdaleny Piechoty, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2004.

Artykuły powiązane